Blog > Komentarze do wpisu

Tysiąc dni w Wenecji, Toskanii, Orvieto

           Wpadła mi ostatnio w ręce książka już nie najnowsza bo od wydania pierwszej części minęły ponad dwa lata ale słyszałam, i czytałam dużo dobrego na jej temat. Postanowiłam nie tracić czasu tylko zobaczyć czy mnie też przyniesie jak nie zachwyt to chociaż obietnicę miło spędzonego czasu. Zanosiło się dobrze bo z tego co przedstawiały miłe dla oka obrazki będę zaczarowana miłością, krajobrazami, słońcem i.... świeżymi pomidorami. Zasiadłam więc w mroźny dzień niedaleko kaloryfera z sokiem pomidorowym żeby się wczuć w klimat, i zaczęłam… Powiem wprost… banał goni banał. W zasadzie jest to dość fajna książka kulinarna całkiem smakowicie opisująca potrawy, nawet skusiłam się i sama upiekłam chleb, jednak podobnie jak książka okazał się niewypałem.

         Amerykanka, dziennikarka i krytyk kulinarny w jednym Marlena de Blasi jedzie ze znajomymi do Wenecji. Tam zakochuje się  w niej od pierwszego wejrzenia bankier Fernando. Jednak ich miłość będzie miała ziścić się dopiero za jakiś czas. Ona wraca do Stanów on jedzie za nią i wracają już razem najpierw do Wenecji. I tu zaczyna się nuda…ona coś ciągle gotuje, piecze chleb, dekoruje mieszkanie w brokaty, a on pali.. mam wrażenie że wszędzie unosi się dym z papierosów. Pierwszy tom opisuje więc poznanie się i miłość w Wenecji, i gdyby nie te opisy targów, kanałów, wysepek, jednym słowem piękna Wenecji, nie przebrnęłabym nawet przez pierwszą część. Jednak nie lubię nie dokańczać książek, a że tu jest trylogia wmówiłam sobie, że na pewno wszystko się jeszcze rozkręci i zabrałam za część drugą. W drugiej dzieje się niewiele więcej, znowu jest standard czyli gotowanie, jedzenie, ale jest tez podróż do Toskanii gdzie już jako mąż i żona postanawiają osiąść przynajmniej na jakiś czas. Znajdują dogodne lokum i tam po prostu żyją.

        Jeśli ktoś chce poczytać o dobrym jedzeniu, o przyrodzie i takim luźnym bytowaniu to będzie to książka może i dobra. Ja liczyłam na trochę bardziej złożona historię, na mniej tandety jednym słowem. Ciekawi mnie ogromnie czy ktoś z was ma podobne odczucia czy jednak należę do niezadowolonej mniejszości. Jeśli chodzi o trzeci tytuł „Tysiąc dni w Orvieto” niestety nie dałam rady. Wybaczcie ale wolałam czas przeznaczyć na coś innego:)

środa, 15 lutego 2012, sylviaa777

Polecane wpisy