Blog > Komentarze do wpisu

Mariola, moje krople....

        Powiem wprost. Nie czytam książek polskich pisarzy współczesnych. Może to świadczy o jakimś zacietrzewieniu w poglądach, ale ilekroć chciałam się przełamać, i coś zaczynałam zawieszałam się po kilkunastu stronach. Do dziś nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje, i co jest tego przyczyną. Ale żeby nie było, że zmian nie chcę wprowadzić muszę przyznać, że jest promyczek który ma szansę stać się promieniem, i zagościć w moim domu i duszy.

         Chodzi o p. Małgorzatę Gutowską – Adamczyk. Kiedy kilka miesięcy temu koleżanka zapytała czy przypadkiem nie mam ochoty przeczytać czegoś świetnego ALE polskiego, spojrzałam na nią i odpowiedziałam, że romansideł jeśli nie są angielską epoką wiktoriańska nie zniosę, a w rodzimym wykonaniu to już w ogóle niech się wstydzi, że proponuje. Przyszłam do domu, i mi to żyć nie dawało więc poczytałam wszelakie opinie. A niech tam - powiedziałam sobie, i….przeczytałam nie jedną ale trzy tomy z fantastycznej trylogii pt. „Cukiernia pod Amorem”.

         Więc teraz kiedy trafiłam na najnowszą książkę p. Adamczyk, aż bałam się na nią patrzeć. Krążyłam między półkami, i zastanawiałam się czy podejść, i zobaczyć cóż to tym razem takiego. Boksowałyśmy się trochę książka i ja, książka i ja. Ona stała, i wodziła za mną przyciągającym wzrokiem, a ja zerkałam znad innych udając że nie patrzę. Jak się można było spodziewać pokonała mnie swoją stoickością. Podeszłam, zmierzyłam wzrokiem, coś tam przeczytałam między wersami, i kupiłam. Spostrzegłam tylko, że ma dużo dialogów, a ja za dialogami niekończącymi się nie przepadam. Ale nic to… Po kilkugodzinnym oswajaniu się w końcu przyszedł czas na prawdę. Okazało się, że książka jest fantastyczna.

       Wszystko dzieje się na przestrzeni około miesiąca dokładnie od 17 listopada do 13 grudnia 1981 r. W prowincjonalnym teatrze gdzieś na Dolnym Śląsku, w niedalekim sąsiedztwie Wrocławia. I choć to data jakże pamiętna, nie jest to bynajmniej książka smutna. Trudno się oderwać, trzeba uważać gdzie się czyta bo w sumie cały czas towarzyszy nam uśmiech. A to z racji dialogów które zupełnie nie przeszkadzają, są świetne, i już teraz nie używane z racji zmiany ustroju, a to z pomysłów bohaterów, z niesamowitej akcji która mogłoby się wydawać nie ma prawa mieć miejsca w nudnym komunistycznym Teatrze Miejskim gdzie ciągle brak biletów w kasie.

        Tytułowa Mariola to sekretarka dyrektora, z zawodu oczywiście z powołania jest jeszcze jego kochanką która chcąc się wybić na tak świetnej znajomości marzy o dostaniu lepszej posady. Na przeszkodzie stoi sam dyrektor Zbytek który jako już podstarzały pan po kilku zawałach stanowczo za długo żyje. Mariola udaje, wielką miłość oraz nieprzemożna chęć urodzenia dyrektorowi dziecka jeśli tylko odejdzie od żony rzecz jasna. Bo nasz Zbytek to mąż niewierny, i miał w życiu już kilka żon w tym dwie ostatnie również pracują w rzeczonym teatrze. Trzeba przyznać, że to już wystarczy by zagwarantować doskonałą komedię pomyłek rodem z Barei.

        Dyrektor ma tysiąc spraw na głowie które chce jak najlepiej dopilnować, i udać się na zasłużoną emeryturę. Martwi się premierą która nie zadowala władz, niewierną obecną żona która zakochana pląsa za młodym dyrektorem artystycznym p. Biegalskim (idealne nazwisko bo on skutecznie ucieka;)). Poza tym alkohol, świnia, brać radziecka, a nawet miłość, i to wszystko pod okiem Wielkiego Cenzora. Gdyby nie Mariola i krople, dyrektor Zbytek pewnie nie dotrzymałby do premiery.

        Mimo swoich 300 stron w książce naprawdę dużo się dzieje. Jednym przypomni ona bony na malucha, ordery, kolejki czy kombinatorstwo bez którego trudno byłoby żyć. Innym pokaże jak przeszła już epoka była barwna, i z obecnego punktu widzenia groteskowa. Może nie jest to pozycja na miarę Nobla ale czy musi? Mnie bawiła, wzruszała i sprawiła, że kilka dni myśli miałam lekkie. Warto czasem odbiec od standardów.

poniedziałek, 12 marca 2012, sylviaa777

Polecane wpisy