Blog > Komentarze do wpisu

Jedz, módl sie, kochaj

 

          

            Zanim zacznę pisać o książce, muszę się z wami czymś podzielić. W całym swoim czytelniczym życiu tylko raz nie doczytałam książki do końca. Było to kilka lat temu, a tą książką był „Ulisses” James’a Joyse’a. uważałam wtedy, że jeśli pisze się o autorze geniusz, a o książce unikat to wypadałoby ją przeczytać, i się choć trochę pozachwycać. Jednak kiedy już się za nią zabrałam, uznałam że przechodzę męki pańskie, i nie ma żadnego powodu bym robiła to dalej. Zamknęłam, oddałam, i zapomniałam pogrążając się w lekturze czegoś bardziej odpowiadającego, nie wykluczając, że za kilka lat znowu mogę dać Joyse’owi szansę.

            Piszę o tym dlatego, że w ostatnim roku (dokładnie od wakacji do wakacji) przytrafiła mi się ponownie tamta sytuacja, z tą różnicą, że jakby nie patrzeć porównać Joyse’a do Gilbert nie sposób.

            Dostałam na urodziny książkę pt.: „Jedz, módl się, kochaj” napisaną przez amerykańską pisarkę Elizabeth Gilbert. Zapowiadało się na to, że to książka o lekkiej tematyce, przyjemna, relaksująca. Włożyłam ją więc do torby, dołożyłam ręcznik, okulary, krem z filtrem, i wybrałam się na plażę testować. Okazało się, że książka dzieli się na trzy części które dzieją się w przepięknej scenerii Włoch, Indii i wyspy Bali. Leżałam, i zaczytywałam się w części pierwszej dziejącej się we Włoszech do których przyjeżdża 35 letnia amerykańska pisarka imieniem Liz, która mówi „dość” wygodnemu życiu u boku męża, i po rozwodzie postanawia pójść za głosem serca, i poszukać swojej nowej życiowej drogi, oraz wyleczyć się z uporczywej depresji odwiedzając najpierw Rzym, a później dojrzewając do medytacji w Indiach, i miłości na Bali.

            Zaczęło się świetnie. Przeczytałam ten pierwszy rozdział z zapartym tchem. Przemierzałam razem z Liz urokliwy, stary Rzym, zwiedzałam zabytki, razem z nią pochłaniałam tony spaghetti , litry wina i kilogramy lodów, poznawałam wpadające w ucho włoskie słówka. Nawet kiedy cierpiała bo depresja nie pozwalała normalnie funkcjonować, byłam z nią. Ale żeby nie było tak pięknie, bo jak się to ma do cierpienia towarzyszącego czytaniu „Ulissesa” zapytacie, a no właśnie….

             W Rzymie Liz poznaje przyjaciół którzy „zarażają” ja buddyzmem, wpada więc na pomysł wyjazdu do Indii gdzie ma nadzieję nauczyć się medytować, a tym samym odnaleźć spokój duszy. Więc pewnego dnia ląduje w Indiach, jedzie do buddyjskiej świątyni (aśramy) gdzieś na skraju cywilizacji by spotkać się z hinduską guru, i uczyć się mantr.

            Od tej chwili książka zmienia się nie do poznania, staje się nudna, i ciągnie w nieskończoność. Ileż można czytać o medytacji, o tym co zrobić by marne 15 minut zamienić na 2 godziny siedzenia w jednej pozycji, i uporczywego powtarzania mantr. Zrozumieć to może tylko ktoś kto jest buddystą, ja cierpiałam. Mimo, że Liz poznaje tam kilka osób więc teoretycznie coś się dzieje to dla mnie był to idealny moment by podjąć decyzję typu „za jakie grzechy”, i rzucić ją na półkę by jak kilka lat wcześniej „Ulisses” przepadła w mrokach zapomnienia. Tak przeleżała rok, traf chciał, że kilka dni temu skończyłam co miałam do przeczytania, a na półce z „nie przeczytanymi” leżała już tylko ona. No dobra, znowu są wakacje, może w tej trzeciej części czymś mnie jednak zaskoczy - pomyślałam.

            Faktem jest, że część trzecia to opowieść o raju na ziemi, przepiękna wyspa Bali gdzie ludzie są ciągle uśmiechnięci, rosną piękne rośliny, kolorowe kwiaty, pyszne owoce, zieleń jest tak soczysta, że razi w oczy, a błękit wody oszałamia. Właśnie tam Liz odnajduje swój spokój, jeździ na rowerze, rozmawia o życiu z pewnym mędrcem aż wreszcie zakochuje się do szaleństwa w przystojnym mieszkającym obecnie na wyspie Brazylijczyku Felipe. Postanawiają kupić tam dom, i od tej pory żyją szczęśliwie raz na jakiś czas podróżując na trasie Stany Zjednoczone – Brazylia – Bali.

            Z niewysłowioną radością dobrnęłam do końca, trzeba przyznać, że opis piękna wyspy robi kolosalne wrażenie jednak nie udało się autorce sprawić, że czytając część trzecią zapomnę o nudzie drugiej wręcz przeciwnie, i Indie i Bali zanudziły mnie na śmierć prawie, przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej nie będę czytać książki która jest choćby w połowie tak nudna jak ta. Rozdział trzeci nie wzniósł jej ponownie na wyżyny, i tylko moja determinacja by prezent urodzinowy nie pozostał niewykorzystany, skłoniła mnie do jej ukończenia. Niby wszystko ok., poturbowana przez życie kobieta chce odnaleźć siebie, a sposobu szuka w rzeczach które sprawiają jej przyjemność. Robi to na co ma ochotę, i najważniejsze, że pomału zmierza do celu. Jednak ja się całkowicie rozczarowałam. I o ile sama idea książki, czyli poszukiwanie własnej drogi, i miejsca we wszechświecie jest super, to na Indiach zatrzymałam się, i nawet ten rok przerwy, a potem znowu wielkie chęci, nie pozwalają powiedzieć mi o książce niczego pozytywnego.

            W 2010 r. na ekrany kin wszedł film nakręcony na podstawie książki. Główne role zagrali Julia Roberts i Javier Bardem. Musze przyznać że pierwszy raz zdarzyło mi się, że film podobał mi się bardziej niż książka. Jak to w filmie sporo rzeczy jest nie pokazanych więc dla lepszego wrażenia powinnam zachęcić do przeczytania jednak…. hmmm…… zmuszać nie będę :)

  

czwartek, 28 czerwca 2012, sylviaa777

Polecane wpisy