Blog > Komentarze do wpisu

Mój chłopiec, motor i ja

           Przedstawiam dzisiaj historię tak romantyczną, a zarazem niesamowitą i nieprzewidywalną, że aż trudno uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę. To opowieść o dwojgu zakochanych, motorze z duszą, i WIELKIEJ pasji przygody. O tym jak można z uporem naginać rzeczywistość, i kształtować życie choć w kilku procentach tak,  by czuć się szczęśliwym…

            Piękna para młodych zakochanych ludzi. Ona malutka, szczuplutka, śliczna, z uroczą fryzurką i przepięknymi oczami. On przystojny, wysportowany, opiekuńczy. Oboje wykształceni, i mówiący kilkoma językami, wydawało by się, że to para jakże nam współczesna. Jednak oboje urodzili się ponad 100 lat temu, kiedy to sobie uświadamiamy wydaje się, że pomylili epoki nie można przecież aż tak wyprzedzać świata być niedoścignionym po ponad wieku przemian, a jednak…

             Halina Karolec–Bujakowska, i jej mąż Stanisław Bujakowski dokonali czegoś absolutnie niebywałego. Na motorze z doczepionym wózkiem, przejechali 24 000 kmpokonując trasę z Druskiennik do Szanghaju. Podróż rozpoczęła się już na spacerze z psem w Druskiennickich lasach, kiedy to młodzi małżonkowie zaczynali planować wyprawę która miała być ich podróżą poślubną.  W rezultacie trwała rok i 7 miesięcy, rozpoczynając się latem 1934 r. a kończąc wiosną 1936 r.

            Od pierwszych chwil Halina i Stach zaskarbiają sobie naszą przyjaźń swoją otwartością, życzliwością, uśmiechem sprawiają, że czujemy się jak trzeci pasażer, który martwi się o nich, czeka z wypiekami na twarzy na to czy sobie poradzą, kiedy dojadą, czy pokonają niekończące się bagna, ciągłe deszcze, własne słabości, choroby, głód czy często nieprzychylne przepisy administracyjne. Poza tym kiedy sobie pomyślę jak ciężko w tamtych czasach było skompletować całe wyposażenie  które mieli zabrać ze sobą w podróż, a które było naprawdę przemyślane i skromne, nie mogę wyjść z podziwu jak im się to udało. Czasem trzeba było wysyłać zamówienie za granice by dostać potrzebne rzeczy ale jakże ekscytujące musiały być te przygotowania do upragnionego wyjazdu. Poza tym Halina wiozła ze sobą maszynę do pisania, pióro, atrament, papier. Pisała reportaże do gazet w Polsce za które dostawała pieniądze które pozwoliły im odbyć tę fascynująca podróż, jednak czasem na pieniądze czekali po kilka miesięcy, bo to pomylono bank w Bejrucie z bankiem w Bagdadzie, a to „szły” na grzbietach mułów zatopionych po kolana w błocie przez dzikie ostępy Birmańskiej dżungli. Kiedy natrafiamy na takie fragmenty w książce wydają się nam one obecnie nie do przejścia, ale pamiętajmy, że taka była przecież ich rzeczywistość, nie znali szybkości obecnego świata, żyli zupełnie inaczej co nie znaczy że gorzej.

            Halina pisała swój „dziennik podróży” bardzo lekko, z humorem, chciałoby się powiedzieć, że zawarła w nim swój optymizm, dziewczęcość, wrażliwość. Oboje mieli nadzieję, że po przyjeździe do kraju wydadzą go w formie książki, i zachęcą do podróży następnych podobnych sobie włóczęgów. Jednak tak się nie stało….. Wybuchła II wojna światowa zmieniając znany świat….

            Gdy przeglądam zdjęcia zawarte w książce, i widzę tych dwoje w swoich kombinezonach z lnu, w sznurowanych skórzanych butach, czapce-pilotce, i niesamowitych goglach są dla mnie jak przybysze z odległego świata, cieszę się, że przejechałam z nimi tyle kilometrów, byłam świadkiem ich przemiany z młodzieńców w dorosłych ludzi, ale jednocześnie jakiś niewysłowiony żal mnie ogarnia, i zaczynam zdawać sobie sprawę, że takich podróży  w obecnych czasach nie jesteśmy sobie już w stanie wyobrazić. Od kiedy Mount Everest stał się tak oblegany jak Giewont możliwość zrobienia czegoś co zatykało by dech w piersiach obecnym, i przyszłym pokoleniom stała się prawie niemożliwa.

            Zapiski Haliny czekały zamknięte w skórzanej walizie na to aż ktoś ją otworzy, i przypomni światu parę dwojga ludzi którzy w czasach dla nas niepojętych swoim życiem będą napawali optymizmem pokolenia tak odległe od własnego.

            Ksiązki podróżnicze to jedyne książki które mnie wzruszają. Prawda w nich zawarta, trudności doświadczane po drodze, i ten zapał, błysk w oku, miłość do świata, ale też życie które tak szybko mija, a które tylko nieliczni potrafią naprawdę przeżyć sprawia, że zatrzymujemy się na chwilę by pomyśleć o tym co w życiu ważne. Podczas czytania łza zakręci się w oku nie raz, a na końcu nie można uwierzyć, że przecież Haliny i Stacha już dawno nie ma.

środa, 06 czerwca 2012, sylviaa777

Polecane wpisy