Blog > Komentarze do wpisu

Macierzyństwo non-fiction

            O macierzyństwie powiedziano, i napisano już wszystko jednak jest to temat, który jest w zasadzie niewyczerpywalny, i każdy człowiek na świecie ma na jego temat swoje zdanie, ja jak się domyślacie również :)

          Mając dość słodkich zachwytów nad bobasami, szalonych mam z wózkami, które nie rozmawiają o niczym innym tylko o kupkach, i postępach swojego najinteligentniejszego dziecka pod słońcem, a  także magazynów książek, czy blogów internetowych okraszonych różowymi wykarmionymi malcami, i uśmiechniętymi, szczuplutkimi mamami,  powiedziałam dość, to nie może wyglądać tak pięknie, węszę spisek, i propagandę by tymi różowymi obrazkami zamącić mi w głowie, i wciągnąć do sekty.

            Wtedy to natknęłam się w księgarni na cienką 194 stronicową książkę pt. „Macierzyństwo non-fiction” blogerki Joanny Woźniczko – Czeczott, która po sukcesie jakim było zamieszczanie na blogu wpisów o tym jak wyglądają jej rzeczywiste dni podczas wychowywania własnego niemowlaka płci żeńskiej, postanowiła zebrać te doświadczenia w jedno, i wydać w formie książki dla szerszego grona kobiet, nie tyle ku przestrodze co ku uświadomieniu, że tymi słodkimi gazetkami to można ewentualnie w kominku rozpalić.

            Niezaprzeczalnym atutem książki jest obalanie mitów, że maluszek to tylko niczym niezmącona radość. Autorka opisuje jak szalenie wykańczający był rok z życia jej córeczki, jak z dziewczyny która brała z życia garściami, każde wakacje spędzając gdzieś w świecie z plecakiem, mając dobrą prace, masę znajomych, i szczelnie wypełniony każdy dzień, przeistacza się w matkę z wszystkimi tego konsekwencjami, jak największym marzeniem jest sen , a prawdziwą wyprawą w nieznane samotne wyjście do lekarza, no i dom który kiedyś służył do spania teraz staje się „więzieniem”.

            Książka mimo, że opisuje otwarcie pewne tabu o którym do taj pory raczej się nie mówiło, i tak jak zresztą blog autorki zyskała już sobie liczną grupę zwolenniczek, dla mnie nie była niczym wielkim. Czytało mi się ją jakoś neutralnie dość przyjemnie czasami jednak bez większych zachwytów. Czytając myślałam sobie „kurcze co mają powiedzieć kobiety które nie mają takich „luksusów” jak autorka” ? Nie mieszkają w Warszawie, nie mają pracy, pieniędzy, możliwości wyjechania z niemowlakiem na żagle, czy zmiany samochodu na większy? Wydaje mi się, że im wyżej człowiek jest sytuowany tym większe ALE robi z rzeczy oczywistych chce żyć w standardzie, i chce by jego dziecko też wychowywało się na światowca. Zapominamy, ze dziecko nie jest jakimś kosmitą, a macierzyństwo to naturalna kolej rzeczy, która wpisana jest w nasze życie (jeśli oczywiście chcemy, i możemy).

            Obecnie tylko w naszej kulturze zachodu kiedy dziecko pojawi się w domu wywraca ten dom na lewą stronę. W Afryce czy Azji dziecko rodzi się, i wychowuje niczego nie zmieniając ani w domu ani w swojej społeczności, dorasta kochane jednak bez ochów i achów w rodzinie aż do naturalnego odejścia w swoja stronę, a wtedy ten dom pozostaje taki sam. U nas kiedy pojawia się dziecko rodzice znikają, jest tylko dziecko, dla dziecka, z dzieckiem, o dziecku co naturalne bo dziecko to odpowiedzialność, i poświęcenie jednak kiedy w naszej kulturze dziecko „wyfruwa z gniazda” najczęściej nie pozostaje już nic, wszystko odchodzi razem z nim.

            Do przeczytania jak najbardziej zachęcam bo nie ma zbyt wielu książek opisujących w ten sposób macierzyństwo, poza tym kiedy myślicie, ze jesteście najgorszymi matkami na świecie bo już nie dajecie rady, dzięki książce przekonacie się, że nie jesteście same, a samo posiadanie dziecka (co w książce absolutnie nie jest kwestionowane!) to najcudowniejsze doświadczenie życia.

sobota, 12 stycznia 2013, sylviaa777

Polecane wpisy