Blog > Komentarze do wpisu

Zalotnica niebieska

              Pamiętam jak lata temu „Zalotnica niebieska” – Magdaleny Samozwaniec stała na półce z książkami w naszym domu, czytała ją mama na spółkę z babcią, i zachęcały mnie do tego samego jednak ja ówcześnie małolata nie miałam ochoty na poznawanie historii życia jakieś dawno nieżyjącej kobiety w dodatku poetki, za ciężkie mi się to wydawało, i trochę podchodzące pod lekturę szkolną. Ale cóż…. minęły lata książka się gdzieś zapodziała, a ja z biegiem lat zdążyłam się już zakochać w poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, i przeczytałam w końcu tę polecaną mi kiedyś książkę.

               Nie wiem czy jestem w stanie ocenić obiektywnie „Zalotnicę niebieską”. Jako osoba całkowicie zauroczona wspaniałym rodem Kossaków do którego obie siostry należały daję duże fory wszystkiemu co wyszło spod ich piór. Na szczęście twórczość obu jest wysoko ceniona więc mój zachwyt nie jest niczym dziwnym.  W dodatku w zeszłym roku przeczytałam (recenzja również na blogu) przepięknie wydane dzienniki wojenne Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej zatytułowane „Wojnę szatan spłodził” , i jest to dla mnie jedna z najlepszych książek jakie w życiu przeczytałam.


          „Zalotnica niebieska” to historia życia genialnej polskiej poetki opisana przez jej siostrę. Niektórzy zarzucają autorce, że opisała siostrę ze zbyt wielkim uwielbieniem, a przyrównując do bogiń greckich nadała jej prawie boskie cechy. W jej oczach siostra prawie nie ma wad od początku była najpiękniejszym dzieckiem, które z czasem wyrosło na porażającej urody kobietę. I choć ze zdjęć wiadomo, że Pawlikowska-Jasnorzewska była urodziwą kobietą to i tak opisy Magdaleny ocierają się o ślepe uwielbienie. Zaślepiona miłością do siostry w każdej dziecięcej zabawie w każdym na pozór zwyczajnym zdarzeniu przytrafiającym się Marii widzi magię. Dla niej genialność siostry była tak duża, że nie możliwym było by jej życie biegło tak „po prostu” musiały nim kierować siły wyższe. To, że Magdalena w taki sposób opisuje siostrę wcale mnie nie dziwi, przecież Maria bez wątpienia była wybitną poetką, a siostra choć mniej utalentowana to jednak jako uznana pisarka doskonale zdawała sobie sprawę z wybitności siostry, i po prostu świetnie opisała ten skarb z którym miała szczęście obcować na co dzień. Genialna siostra zasłużyła na genialny opis swojej osoby, i Magdalena w stu procentach oddała jej tą książką hołd.

         Książka pozwala nam nie tylko zgłębiać losy siostry-poetki ale również zachęca żebyśmy z ciekawością zajrzeli jak przez półotwarte drzwi do cudownego minionego już świata wielkich polskich rodów jakimi bez wątpienia był ród Kossaków malarzy batalistów mieszkających w owianej magią krakowskiej Kossakówce, którą to Magdalena przepięknie odmalowała słowami przedstawiając ją w magiczny sposób tak jak tylko można opisać cudowne miejsce w którym spędziło się najcudowniejsze lata życia. To również książka o czarze minionych lat o ulotnym erotyzmie, którego domeną były długie włosy, o kulturalnych spotkaniach na których dyskutowało się przy winie z własnej piwniczki o literaturze, malarstwie, podróżach, wreszcie zaginionej już sztuce pisania listów dzięki którym możemy zobaczyć poetkę taką jaką była naprawdę poprzez zapoznanie się z jej uczuciami do mężczyzn czy rodziny.  

Magdalena Samozwaniec

             Poza tym piękne opisy rodziców, miłość do sławetnej Kossakówki i siebie nawzajem pokazują, że opis Marii przez Magdalenę nie był niczym dziwnym tylko wielkim siostrzanym uczuciem które rozszerzyło się o wielką tęsknotę po śmierci poetki. Dodatkowym smaczkiem książki jest fakt, iż była ona pisana pod koniec lat 60. lub na początku 70. (ukazała się zaś już po śmierci autorki, w 1973 roku), a autorka często porównuje czasy swojej młodości z aktualnymi obyczajami czy modą. Jednak jeśli tylko uświadomimy sobie ten fakt będzie dla nas wyjątkową lekturą.

            Jedyne co zdziwiło mnie w czasie czytania to otwartość z jaką autorka wypowiada się o zdradach miłosnych ukochanego ojca, wielkiego polskiego malarza Wojciecha Kossaka. Panią Irenę znała, i akceptowała cała rodzina, i choć matka była zazdrosna o ojca całkowicie rozumiała jego potrzeby, i akceptowała tzw. flamę u jego boku. Córki również nie tylko godziły się z tą sytuacją ale uważały ją za całkowicie normalną. Coś mi się wydaje, że nam teraz tylko wydaje się, że jesteśmy bardziej nowocześni od naszych pradziadków, tak naprawdę przynajmniej pod tym względem bili nas o głowę, a biorąc pod uwagę to, że w ówczesnym czasie praktycznie nie było rozwodów wykazali się niezwykłą życiową mądrością znajdując takie „rozwiązanie”. Książka cudowna, prawdziwa ozdoba każdej biblioteczki.

wtorek, 27 sierpnia 2013, sylviaa777

Polecane wpisy