wtorek, 21 lutego 2012

         

            Witam serdecznie i zabieram się do szybkiego przelania myśli na „papier” bo mimo mojej kilkudniowej nieobecności nie próżnowałam, i zobaczyłam kilka filmów które biorą udział w oscarowym wyścigu.

            Na początek powiem słów kilka o filmie Martina Scorsese „Hugo i jego wynalazek”. Trzeba zaznaczyć, że reżyserowi przyświecała chlubna idea oddania tym filmem hołdu dawno zapomnianemu reżyserowi (Georges Melies) który ponad 100 lat temu zaczął tworzyć filmy nieme. W telegraficznym skrócie jest to opowieść o chłopcu który jest sierotą, i mieszka w korytarzach dworca kolejowego. Naprawia tam zegary której to sztuki nauczył go wuj Claude, jedyny opiekun po śmierci ojca. Hugo posiada jeszcze pewne urządzenie - jest to Robot - tytułowy wynalazek. W zasadzie do końca filmu nie bardzo rozumiałam do czego wspomniany „wynalazek” jest tak naprawdę chłopcu potrzebny, na szczęście odegrał swoją rolę :). Film może i miły dla oka, pewnie można miło spędzić przy nim te 2 godziny w jakąś nudna niedzielę, i o ile każdy kto chce zobaczyć w nim głębszy sens pewnie go odnajdzie (tak jak w każdym innym zresztą) to dla mnie kompletnie nic nie przedstawiał. Miałam wrażenie, że zadaniem chłopca jest uciekać przed nadzorcą stacji kolejowej, a zadaniem tego drugiego koniecznie odesłać go do sierocińca. Poza tym nadzorcę gra Sacha Baron Cohen który całkowicie przypominał mi francuskiego żandarma z Allo Allo :)

            Film jest nominowany w aż 11 kategoriach, więc sądziłam, że po obejrzeniu zamilknę z wrażenia na kilka chwil lub powiem tylko WOW, tu jednak czułam permanentną nudę. Nie pomogła nawet obsada (m.in. Ben Kingsley, Sacha Baron Cohen, Jude Law ). Jednym słowem nic nie zrobiło na mnie wrażenia takiego jakie powinien wywierać film który jakby nie patrzeć ma największe szanse okazać się najlepszym filmem minionego roku.

http://www.youtube.com/watch?v=sJAXxpoSTPo

 

18:54, sylviaa777 , filmy
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lutego 2012

           Wpadła mi ostatnio w ręce książka już nie najnowsza bo od wydania pierwszej części minęły ponad dwa lata ale słyszałam, i czytałam dużo dobrego na jej temat. Postanowiłam nie tracić czasu tylko zobaczyć czy mnie też przyniesie jak nie zachwyt to chociaż obietnicę miło spędzonego czasu. Zanosiło się dobrze bo z tego co przedstawiały miłe dla oka obrazki będę zaczarowana miłością, krajobrazami, słońcem i.... świeżymi pomidorami. Zasiadłam więc w mroźny dzień niedaleko kaloryfera z sokiem pomidorowym żeby się wczuć w klimat, i zaczęłam… Powiem wprost… banał goni banał. W zasadzie jest to dość fajna książka kulinarna całkiem smakowicie opisująca potrawy, nawet skusiłam się i sama upiekłam chleb, jednak podobnie jak książka okazał się niewypałem.

         Amerykanka, dziennikarka i krytyk kulinarny w jednym Marlena de Blasi jedzie ze znajomymi do Wenecji. Tam zakochuje się  w niej od pierwszego wejrzenia bankier Fernando. Jednak ich miłość będzie miała ziścić się dopiero za jakiś czas. Ona wraca do Stanów on jedzie za nią i wracają już razem najpierw do Wenecji. I tu zaczyna się nuda…ona coś ciągle gotuje, piecze chleb, dekoruje mieszkanie w brokaty, a on pali.. mam wrażenie że wszędzie unosi się dym z papierosów. Pierwszy tom opisuje więc poznanie się i miłość w Wenecji, i gdyby nie te opisy targów, kanałów, wysepek, jednym słowem piękna Wenecji, nie przebrnęłabym nawet przez pierwszą część. Jednak nie lubię nie dokańczać książek, a że tu jest trylogia wmówiłam sobie, że na pewno wszystko się jeszcze rozkręci i zabrałam za część drugą. W drugiej dzieje się niewiele więcej, znowu jest standard czyli gotowanie, jedzenie, ale jest tez podróż do Toskanii gdzie już jako mąż i żona postanawiają osiąść przynajmniej na jakiś czas. Znajdują dogodne lokum i tam po prostu żyją.

        Jeśli ktoś chce poczytać o dobrym jedzeniu, o przyrodzie i takim luźnym bytowaniu to będzie to książka może i dobra. Ja liczyłam na trochę bardziej złożona historię, na mniej tandety jednym słowem. Ciekawi mnie ogromnie czy ktoś z was ma podobne odczucia czy jednak należę do niezadowolonej mniejszości. Jeśli chodzi o trzeci tytuł „Tysiąc dni w Orvieto” niestety nie dałam rady. Wybaczcie ale wolałam czas przeznaczyć na coś innego:)

wtorek, 14 lutego 2012

 

 

Powiem szczerze, że jakoś zwlekałam z obejrzeniem najnowszego filmu Woody’ego Allena. Nie dlatego, ze nie lubię…. Bynajmniej.... lubię, i filmy, i osobowość ale przypominam sobie, że nie wszystkie ostatnie filmy które nakręcił wywoływały we mnie entuzjazm. Wiec zasiadłam dość sceptycznie nastawiona choć z drugiej strony pełna wiary. I nie zawiodłam się… Po Londynie i Barcelonie Allen przybył tym razem do stolicy Francji. Poznajemy tu Inez i Gil’a parę niedawno zaręczonych młodych ludzi którzy przyjechali zaplanować ślub. Gil jest pisarzem, zakochanym w Paryżu romantykiem, natomiast Inez to delikatnie mówiąc jego przeciwieństwo J  Na którejś z licznych kolacji spotykają znajomych których ukochana darzy aż nadto przyjaźnią, i wpada na pomysł spędzania czasu, i zwiedzania zabytków w większym gronie. Pewnej nocy Gil nie wytrzymuje i chce pobyć sam, zamierza wrócić spacerem do domu, jednak nie doceniwszy krętości Paryskich uliczek gubi się… siedzi na schodach i oczekuje taksówki kiedy to podjeżdża samochód jakby wyjęty z lat 20 i po zaproszeniu do środka oraz dowiezieniu na miły bankiet spostrzega, że znalazł się w  latach 20 ;) w Paryżu o którym zawsze marzył, i w którym chciałby żyć. Gil tak jak większość z nas myśli, że w każdym innym czasie czy miejscu byłoby mu lepiej, że życie byłoby inne, ale czy na pewno….? Na zachętę powiem jeszcze, że nasz bohater spotyka szereg niesamowitych postaci, w które wciela się plejada naprawdę znamienitych aktorów. Jakich? Przekonajcie się sami.

18:46, sylviaa777 , filmy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lutego 2012

 

        Pisałam już kilka dni wcześniej, że będę na blogu zamieszczać również filmy które moim zdaniem warte są obejrzenia, będą to filmy mające już kilka lat, takie które jeszcze pachną nowością, i zupełni weterani ze złotej ery Hollywood. Jednym słowem będą to wszystkie filmy które zrobiły na mnie wrażenie.

      Oscar nie jest dla mnie wyrocznią fantastyczności filmowej,  jednak liczę się z nominowanymi kandydatami bo chcąc nie chcąc jest to znacząca nagroda.

       Zacznę może od filmu „Żelazna dama” Film opowiada o dojściu do władzy oraz rządy Margaret Thatcher legendarnej premier Wielkiej Brytanii. Jest to obraz pokazujący w większym stopniu życie polityczne Lady Thatcher ale również wielką miłość do męża. Na mnie dość duże wrażenie wywarła jej osobista walka z przebiciem się do głosu w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Zresztą sama mówi w filmie podczas podejmowania decyzji w wojnie o Falklandy, że „walczy codziennie”. Film świetny, bo i osobowość genialna, a rola Meryl Streep oby oscarowa. Poniżej dołączam link do zwiastuna filmu, oraz drugi z posiedzenia parlamentu pokazujący „dzień z życia” premier Thatcher.

 

           Piękna niedziela za oknem, mroźna i słoneczna, a ja zamiast wyjść na spacer siedzę w domu, i nadrabiam zaległości w oglądaniu filmów. Na dzisiaj mam dla Was propozycję obejrzenia filmu niemego, i czarno-białego. Jeśli ktoś pomyśli o latach 20 ubiegłego stulecia to się pomyli ;) jest to film jeszcze cieplutki i pachnący nowością, również z puli tegorocznych „oscarowców”.

         Jest to opowieść o mężczyźnie George’u Valentin, który grając w epoce filmów niemych boi się, że nie poradzi sobie w nadchodzącej nowej erze, w filmach dźwiękowych. Po części ma rację bo traci cały majątek łącznie z żoną ;) ale okazuje się, że strach ma zawsze wielkie oczy i razem z przyjaciółką Peppy Miller oraz dzięki niej zaczyna nowy rozdział swojego życia.

        Film przedstawia się ładnie, aktor przystojny, aktorka przecudna, ale jednak nie do końca mnie przekonał. Jest to oczywiście poważna historia człowieka który dochodzi w swoim życiu do momentu upadku, pięknie przedstawiona jest też przyjaźń czy może nawet miłość, jednak coś mi nie pasowało. Myślę sobie, że to może dlatego, że jednak filmy nieme mają pewien aspekt zrozumiały oczywiście, ale jakoś mnie strasznie drażniący. Po prostu aktor musi grać tak żeby widz mimo tego, że go nie słyszy wiedział o czym „mowa”, i koniecznością jest  żeby kolokwialnie mówiąc „robił miny”. W filmie oczywiście nie jest to tak przejaskrawione jak kiedyś ale niestety ja nie mogę przestać patrzeć na niektóre sceny jakby były komediowe. Oczywiście film trzeba obejrzeć, a zamieszczając na końcu link może uda mi się kogoś  zachęcić.

15:58, sylviaa777 , filmy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2012

         Jestem właśnie po lekturze ”Jabłka” jest to jak gdyby ciąg dalszy choć nie do końca . Kto nie czytał „Szkarłatnego płatka…” też może przeczytać, zrozumieć, i się zachwycić, jednakże dla osób bliżej znających postacie będzie to wielka gratka. Nie ma tu jednak dokończone tego co wydaje mi się wszystkich interesuje najbardziej –Co właściwie stało się z Sugar- ale z ostatniego opowiadania możemy wywnioskować dość dużo (oczywiście nie zdradzę co ;)). Losy kilku bohaterów opisane są bardzo ciekawie, zupełnie nie spodziewałam się że tak potoczy się ich dalsze życie. Książka jest sensualna, często szokująca, i godna „Szkarłatnego płatka..” autor zawarł w niej humor, erotyzm, zagadkowość i to już wystarczy by był to bestseller jednakże tutaj jest coś więcej jest cudowna wyobraźnia, i prawdziwa sztuka pisania.

       Na „Jabłku” kończy się przygoda z Sugar, i osobami z nią związanymi. Z prawdziwym bólem serca żegnam się z cyklem w którym jak już wiecie nic mnie nie rozczarowało. Dwie książki, i serial są magią samą w sobie. Będę tęsknić…

 

 

          Po lekturze wyżej opisanego "Szkarłatnego płatka..." dowiedziałam się , ze jest już 4-odcinkowy serial BBC nakręcony na podstawie książki. Chyba nie musze mówić jaka mnie radość opanowała bo chyba nie ma osoby której się książka nie podobała, ale jednocześnie bałam się, że film będzie nijaki i zburzy mój obraz jaki podczas czytania mi się nakreślił. Ale co tam myślę sobie, i z mieszanymi uczuciami zasiadłam do oglądania. Powiem tak... jakże się myliłam wątpiąc ;)) serial trwa po 5o minut, a ja nie mogłam poprzestać na jednym odcinku i w sumie zobaczyłam wszystkie jednego dnia ;). Można go oczywiście zobaczyć bez wcześniejszego przeczytania książki ale naprawdę wiele się straci. Poniżej zapraszam na zwiastun ;)

czwartek, 09 lutego 2012

         Od dzisiaj przez czas nieokreślony ;) będę umieszczać na blogu swoje opinie na temat przeczytanych książek, nie będą to fachowe recenzje bo krytyk literacki ze mnie pewnie żaden. Chciałabym po prostu wyrazić co mam do powiedzenia o danej książce w przystępny sposób, i mam nadzieję, że będziecie dzielić się ze mną opiniami
Czasami mogą również pojawić się "recenzję" na temat filmów i to nie koniecznie super nowych (choć takich pewnie też), które mnie zainteresowały bądź miały, a okazały się nic nie wnoszące. Pewnie będę dodawać od siebie pomału jakieś dodatki jak np. Vlog bo wiem, że wiele osób też to lubi. Zatem do dzieła kochani, mam nadzieję, że komuś coś podpowiem, ktoś podpowie mnie, i wszyscy będziemy zadowoleni ;)

         Zacznę dzisiaj od wysoko postawionej poprzeczki. Wyszukałam ostatnio stronę na której ktoś polecał "Szkarłatnego płatka..." jako fantastyczną książkę szczególnie dla zakochanych w epoce wiktoriańskiej. Nie trzeba było mnie dłużej namawiać, w najbliższym czasie udałam się po książkę, i.. przepadłam.

        Genialna pozycja, niesamowicie nakreślone charaktery postaci, nic się w tej książce nie myli, żadne wątki nie plączą, i autentycznie odczuwa się ją tak mocno, że wręcz słychać stukot końskich kopyt, czuć zapach ścieków, a bród jest wręcz namacalny. Trochę przez te wyraźne akcenty zmysłowe (zapachy mydeł, perfum, pola lawendy, jak też wspomniane wcześniej zapachy odchodów, potu, stęchlizny, dymu z cygar) przychodzi mi na myśl "Pachnidło" Süskind'a, ciekawa jestem czy wam również?

 

Książka pokazująca "prawdziwą" epokę wiktoriańską bez przemilczeń i domysłów, oczywiste jest że pisarz żyjący obecnie nie miał już żadnych zahamowań, i mógł pisać bez przeszkód, czego ówcześni pisarze z racji konwenansu po prostu unikali. Jest coś jeszcze co było bardzo charakterystyczne dla powieści epoki wiktoriańskiej, cała „akcja” kończy się właściwie na ostatnich stronach tzn nie ma ciągnięcia jak ułożą się losy Sugar. Sugar wyjechała, i zostawmy ją tak....Gorąco polecam mimo ponad 800 stron. Powieść warta grzechu ;)))

 

 

1 ... 16
 
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
PRZECZYTANE W 2014
PRZECZYTANE w 2013
PRZECZYTANE W 2012
FILMY
BLOGI KSIĄŻKOWE DO KTÓRYCH ZAGLĄDAM
Tagi