niedziela, 16 marca 2014

         Marka Twaina znają wszyscy, jego nieśmiertelne powieści o przygodach Tomka Sawyera czy Hucka znają nawet dzieci ale dzisiaj nie będę mówić o tych dwóch chłopcach których zna cały świat choć nastąpi pewnie nawiązanie. Opowiem za to o mini-powieści Twaina która ukazuje pisarza jako wizjonera nie mającego złudzeń co do natury ludzkiej.  „Tajemniczy przybysz” to powieść z nurtu jak ja je nazywam „Szatańskich” bo podobnie jak w „Listach z ziemi”, które uznaję za jedna z najważniejszych książek swojego życia (opisana również na blogu) Szatan odgrywa w nich główną rolę, choć w „Tajemniczym przybyszu” akurat nie jest narratorem.

             Wszystko zaczęło się zimą 1590 roku w zapomnianej przez Boga ciągle jeszcze nie mogącej wyrwać się z mroków średniowiecza, zatopionej jakby w głębokim śnie Austrii. Gdzieś pośrodku tego wszystkiego znajdowała się mała wioska w której mieszkało trzech chłopców. Znali się i przyjaźnili od urodzenia aż pewnego dnia w ich życiu stało się coś niezwykłego… spotkali anioła… tym aniołem był Szatan. I choć Szatan jest tu jeszcze niewinny bo przed swoim upadkiem to zaczyna być niebezpieczny z każdą chwilą gdy próbuje ingerować w ludzkie losy.


        Książka jest dobra jednak czegoś mi w niej brakowało, przeczytałam choć nie pochłonęła mnie jak wspomniane „Listy z ziemi”. Poza tym jakoś nie mogłam odnaleźć się w klimacie 1590 roku bo książka pisana jest tak, że ma się wrażenie ciągłego przebywania w klimatach Tomka Sawyera. Może tak miało być jednak nie ulega wątpliwości, że mi to przeszkadzało. Finalnie książka dobra lecz nie wybitna.

          Twain ciągle coś zmieniał, dopisywał podczas pisania jednak efekty ciągle nie były dlań zadowalające, nie opublikował powieści za swojego życia zrobił to dopiero w 1916 roku wykonawca jego testamentu Albert Paine. 

czwartek, 06 marca 2014

 

     Anna Ikeda to polka urodzona w Gdańsku jednak silny Bałtycki wiatr wywiał ją z domu rodzinnego w szeroki świat. Swoje życie podzieliła między Szwecję, Stany Zjednoczone i obecnie Japonię. Dlaczego Japonię? Bo to kraj z którego pochodzi jej mąż. Tam w prowincjonalnej miejscowości Nikko mieszka razem z teściami i stara się dostosować do małomiasteczkowej społeczności. Swoje perypetie jako gaijin’ki (cudzoziemki) opisała w książce „Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji”.

      Tym razem nie mamy do czynienia z poradnikiem, ta książka to kawałek z życia osoby która stara się tak kształtować rzeczywistość by Japonia stała się jej domem, znaleźć i utrzymać pracę, obsiać poletko ryżu, wziąć udział w religijnych obrzędach, zgłębić rodzinne wierzenia, tradycje i tajemnice. To nie jest książka opisująca technologiczne cuda wielkich miast, wręcz odwrotnie dowiemy się jakim szczęściem  jest posiadanie gumiaków na wsi, ile razy Japończycy potrafią kapać się w tej samej wodzie czy jakim cudem jest posiadanie centralnego ogrzewania.

       Anna to śliczna blondynka, która wizualnie zawsze będzie się wyróżniać swoją egzotyczną urodą przez co zawsze będzie postrzegana jako obca jednak widać, że naprawdę kocha swoją drugą ojczyznę ale kocha ją na swój sposób, nie jest ślepo zapatrzona we wszystko co japońskie, co więcej  to za czym cały świat szaleje ona jakoś nie darzy sympatią. Manga, Anime, japoński rock to rzeczy które kompletnie do niej nie przemawiają jednak zadomowiła się w tym kraju który oferuje olbrzymie bogactwa w postaci religii, sztuki czy piękna krajobrazu.

       Książka pisana jest „luźnym” językiem przez co całkiem fajnie się ją czyta, jednak to nie wszystko i muszę przyznać, że finalnie jestem rozczarowana. Spodziewałam się, że nie będzie to wybitne dzieło jednak  chciałam czegoś wiecej niż luźno pisanego bloga czy pamietnika (bo taką formę ma książka) poza tym miałam wrażenie że autorka napsała tę książke z dużym poczuciem wyższości. Poza tym mało ciekawie to wszystko opisane jedyne rozdział o kotach był interesujący  ale to za mało by uznać książkę za dobrą. Jedyne nad czym się zastanawiałam to to czy książka wydana została również w Japonii ponieważ niejednokrotnie czytamy o złej i konfliktowej teściowej czy o szefowej która nazywana jest „babskiem” niby nic, niby tylko życie jednak ciekawa jestem min obu pań po ewentualnym przeczytaniu.

czwartek, 27 lutego 2014

        Jestem wielką fanką starych filmów przedwojennych , a nasza rodzima filmoteka z tamtych lat choć zniszczona, i poraniona ma w swojej ocalałej ofercie wybitne perełki. Ostatnio zachwyciłam się filmem „ Szpieg w masce” w którym główną rolę gra właśnie Ordonka. Nie wiedziałam jeszcze wtedy czy istnieje biografia jej poświęcona bo jeśli chodzi o przedwojennych aktorów mało jest książek na ich temat, tak jakby wojna i upływ czasu zatarł ślad ich istnienia. Okazało się jednak, że jest jedna książka opisująca życie i dorobek aktorski popularnej Ordonki to wydana w 1990 roku „Pieśniarka Warszawy: Hanka Ordonówna i jej świat” napisana przez Tadeusza Wittlina. W 2006 roku wydawnictwo LTW odświeżyło tę pozycję wydając ją na nowo, ja jednak czytałam wersję oryginalną z 1990 r. 

         Tadeusz Wittlin to przedwojenny dziennikarz, pisarz, i autor tekstów dzięki czemu biografia Hanki Ordonówny jest napisana pięknym językiem, wysmakowaną polszczyzną i idealnie pasuje do opisywanej postaci żyjącej w czasach autorowi współczesnych.


           Biografia wciąga od pierwszej chwili. Hanka Ordonówna była bliską przyjaciółka autora i podczas któregoś powojennego już spotkania zapytała czy kiedyś nie napisałby coś o niej, on bez namysłu zgodził się wiedząc jak wielką była gwiazdą, i że jej życie nie może zostać zapomniane. Od tej pory przy każdym spotkaniu z Ordonką zadawał pytania, i słuchał jednocześnie notując co ma do powiedzenia największa z polskich Div. Tak powstała ta biografia oparta na osobistych zwierzeniach samej Ordonówny, a także jej męża czy bliskich przyjaciół, biografia tym bardziej ciekawa, że w jakiejś części spleciona również z losami jej autora. Oboje należeli do Warszawskiej elity kulturalnej i jak większość kolegów aktorów czas wojny był dla nich czasem wywózek, zsyłek, więzień i ciągłego tułania się po świecie gdzie choć to wydawało się wprost niemożliwe co jakiś czas natykali się na siebie.


         To nie jest tylko książka o Ordonce to też kompendium wiedzy o całym przedwojennym życiu teatralnym, kulturalnym i intelektualnym. Poznamy dogłębnie historie niezapomnianego teatru Qui Pro Quo mieszczącego się na ulicy Senatorskiej w Warszawie jego aktorów, dyrekcję, spotkamy autorów genialnych tekstów Tuwima i Hemara będziemy siedzieć na widowni obok znamienitych gości jak Bolesława Wieniawy – Długoszowskiego. Przejdziemy ulicami, zjemy ciastko w  cukierni po czym znów wejdziemy do licznych teatrów, a tam napatoczymy się na Bodo, Dymszę, Pogorzelską, Smosarską, Górską, Zimińską i wielu innych znanych i podziwianych. Wielką ciekawostką jest to, że autor opisuje ciekawostki zza kulis, miłostki, zdrady, psikusy i wielkie miłości dzięki czemu możemy poczuć się przez chwile, że to również nasi dobrzy znajomi. Jest też czas zadumy kiedy to po latach podczas rozmowy autora z Ordonówną dowiadujemy się kto przeżył wojnę, a komu się jednak nie udało. To piękna choć też trudna emocjonalnie książka o pokoleniu niezwykłych ludzi żyjących w czasach największego upadku, których życiorysem można by obdzielić wielu obecnie żyjących. Polecam odkryć magiczny świat starego kina a przy okazji poznać historię życia Marii Pietruszyńskiej (prawdziwe imię i nazwisko) i jej drodze na szczyt.  

           Poniżej pierwszy polski film szpiegowski z 1933 roku, wspomniany już „Szpieg w masce” z Hanką Ordonówną, i amantem ówczesnego kina Jerzym Pichelskim. Właśnie z tego filmu pochodzą znane nam wszystkim do dzisiaj piosenki „Miłość ci wszystko wybaczy” oraz „Na pierwszy znak”.

niedziela, 02 lutego 2014

            Marek Raczkowski  to wybitny polski rysownik którego prace można było zobaczyć w „Życiu”, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce” czy w „Przekroju” obecnie rysuje dla portalu Gazeta.pl . Po ”Książkę, która napisałem…” sięgnęłam bynajmniej nie z powodów zachwytu nad jego twórczością, bo choć znane mi było jego nazwisko już wcześniej to raczej za sprawą nietuzinkowej osobowości niż twórczości. Wynika to z tego, że ja nie czytam żadnych gazet już od kilku lat więc jakoś mi te obrazki umknęły, poza tym na sztuce też znam się raczej średnio. Przyznam natomiast, że te które widziałam bardzo mi się podobały bo bawią jednocześnie zmuszając do myślenia nad kondycją naszego kraju i psychiką jego mieszkańców. Zresztą w książce prócz kilku zdjęć autora zawarta jest spora ilość rysunków jeśli ktoś wcześniej nie widział będzie mógł zapoznać się z nimi.


           Pamiętam jaki szum zrobił się na początku zeszłego roku po premierze książki, jakieś groźby, wyzwiska, niektórzy poczuli się obrażeni inni straszyli sądem, a jeszcze inni najlepiej wyrzuceniem z kraju. O co chodzi? pomyślałam i przeczytać musiałam nastawiając się na jakieś szokujące wiadomości, może nowe tajne taśmy, ukryte haki. Okazało się że nic podobnego Raczkowski po przeczytaniu wydał mi się bardzo sympatycznym 55 letnim facetem który jako artysta i nieprzeciętny intelektualista ma do powiedzenia więcej i dobitniej niż „zwykły Kowalski”. To co mówi o kościele, Smoleńsku, narkotykach, sexie w ogóle mną nie wstrząsnęło jest specyficzne ale bez przesady przecież tak myśli połowa polaków a młodych ludzi to nawet 90%. Zastanawiam się skąd ten krzyk i szok wywołany książką… cóż… nie zrozumiem raczej. Może to za sprawą mocnego tytułu choć tak po prawdzie nie mającego nic wspólnego z treścią.


      Książka ma formę wywiadu, to zapis rozmowy którą z  Markiem Raczkowskim przeprowadziła  wieloletnia przyjaciółka Magdalena Żakowska. Trochę mi się te pytania wydawały porozrzucane ale taki charakter ma rozmówca więc to nawet mi jakoś ciekawe się wydało. Raczkowski strzela jak z karabinu to co w głowie to na języku, czasem można mieć wrażenie ze kompletnie się nie zastanawia, dlatego jest dla mnie wiarygodny, poprzez tę książkę świetnie narysował siebie słowami.


         Polecam wam bo czyta się naprawdę przednio, nie mogłam się oderwać i zaśmiewałam w głos co kilka chwil. Czytając myślałam że ten jego luz i śmiech to jest taki trochę przez łzy ale jeśli on taki po prostu jest? Bo nam się wydaje że jak człowiek jest takim trochę alienem, nie za bardzo lubi opuszczać swój dom, i otwarcie mówi że na nic już nie czeka, za niczym nie tęskni to mus być u kresu, i czeka go już tylko próba samobójcza, a może właśnie nie, może mówiąc to co mówi żyje w idealnej zgodzie ze sobą i czuje się bardzo szczęśliwy.

          To nie jest literacki nobel to zwyczajna opowieść o życiu nietuzinkowego faceta, to czy wydał honorarium za książkę na pierwszej potrzeby cele zawarte w tytule, kompletnie mnie nie obchodzi, choć fakt poprzez zakup dołożyłam do tego swoją cegiełkę, jednak wcale się tego nie wstydzę bo tytuł jest komercyjny, a poważnie odbiorą go tylko naiwni.  

czwartek, 30 stycznia 2014

             W prozie Harukiego Murakamiego zakochałam się już kilka lat temu po przeczytaniu mojej pierwszej powieści autora „Sputnik sweetheart”.  Od tamtej chwili uwielbiam jego styl, który jest absolutnie wyjątkowy, i niedający pomylić się z żadnym innym. Pisze trzymając czytelnika w napięciu, właściwie ciągle towarzyszy nam otoczka tajemnicy czytając nie mamy pewności czy za chwil kilka to o czym czytamy nie obróci się o 360 stopni i nie wyłoni się coś zupełnie nieoczekiwanego. „Norwegian Wood” to powieść realistyczna gdzie wszystko mimo początkowych niejasności zostaje spięte logiczną klamrą. Uwielbiam jak ubiera w proste słowa uczucia których nie sposób wyrazić, jak łączy tradycję z nowoczesnością.


           37 letni Toru Watanabe lądując na lotnisku w Hamburgu przenosi się myślami do Tokio roku 1969. Wspomina swoją przyjaźń z Naoko i Kizukim parą zakochanych nastolatków która zna się od dziecka. Cała trójka spędza ze sobą właściwie każdą chwilę jakby oddzieleni od reszty społeczeństwa tylko w swoim towarzystwie odnajdują radość i zrozumienie. Tę idyllę młodych ludzi zakłuci coś co zmieni wszystko - śmierć. Śmierć w książce jest wszechobecna, i spotkać może każdego, jednak tylko Ci co zostają muszą uczyć się żyć na nowo ze złamanym sercem, ze swoimi słabościami, z lękiem, muszą pogodzić się z tym ze chodź są bardzo młodzi to ich wspomnienia dotyczą w większości ludzi już nieżyjących. Jak to zrobić? Co zapomnieć, a co w sobie pielęgnować by się nie poddać i być szczęśliwym? Masa pytań, ciężkie przeżycia prowadzące do wyniszczających chorób psychicznych, kuriozalna samotność w Tokio z którą młodzi ludzie nie potrafią sobie poradzić. To książka piękna ale i bardzo smutna na pewno nie na trudne okresy w życiu jednak przeczytać warto bo to jedna z najlepszych książek Murakamiego.


          „Norwegian Wood” została wydana w Polsce w 2006 roku. Znajdziemy w niej wszystkie elementy stylu charakterystyczne dla Murakamiego są koty, bary jazzowe, Beatlesi (sam tytuł jest nazwą jednej z piosenek grupy), jest ta charakterystyczna tajemnica o której mówiłam wyżej jednym słowem wszystko co najbardziej ujmuje i sprawia, ze jest wyjątkowy.

      Poniżej trailer z filmu o tym samym tytule, gorąco polecam jeśli ktoś ma okazję zobaczyć.

niedziela, 19 stycznia 2014

            Postaci Agnieszki Osieckiej nie trzeba nikomu przybliżać, poetka, pisarka, dziennikarka, autorka tekstów piosenek które znają wszyscy.  Wygrzebałam niedawno w bibliotece wydaną w 1989 roku nakładem wydawnictwa Czytelnik powieść Osieckiej pt. „Czarna wiewiórka”. Przyznam, że wiązałam z książką duże nadzieje w końcu to TA Osiecka ją napisała, czarodziejka słów, bez której polska muzyka nie chwytałaby tak za serce. Powiem krótko… przeczytanie tych stu stron zajęło mi tydzień, i umęczyłam się przy tym strasznie. Książka nie jest zupełnie zła panuje w niej przede wszystkim fajny klimat lat 80, nierzadko Osiecka trafnie ocenia sytuację, jest dobrym obserwatorem. Poza tym całość nie jest nudnym zapisem terapii tam naprawdę sporo się dzieje, występują różnorodne postacie jednak całość była dla mnie po prostu nudna.


               Eugeniusz jest psychologiem, po praktyce w Stanach Zjednoczonych wraca do Polski, Polski chorej i nękanej stanem wojennym. W styczniu 1983 roku czyli miesiąc po wydarzeniach grudniowych poznaje zupełnie przypadkowo Wandę, swoją sąsiadkę. Okazuje się, że Wanda cierpi czego powodem jest śmiertelna choroba męża z którą nie potrafi się pogodzić. By przygotować się do nieuchronnego zaczyna przychodzić na spotkania terapeutyczne do Ośrodka w którym pracuje Eugeniusz. Książka jest więc zapisem terapii jaką przeprowadza Eugeniusz by pomóc jej zmierzyć się z rzeczywistością. Wydaje się, że to ona jest otumanioną ze strachu, tytułową „Czarną wiewiórką” tylko czy na pewno? Wanda ma swoje tajemnice.

wtorek, 14 stycznia 2014

              Odkąd pamiętam od zawsze interesowałam się dynastią Windsorów i tą XIX wieczną zapoczątkowaną przez Królową Wiktorię kiedy to ród nosił jeszcze niemieckie nazwisko Sachsen-Coburg-Gotha (które dopiero w czasie pierwszej wojny światowej zmieniono na bardziej swojsko brzmiące dla Brytyjczyków Windsor zaczerpnięte od nazwy jednego z zamków), aż po wiek XX i dobrze już nam znane rozwody, zdrady, śmierci czy w końcu szaleństwo na punkcie Williama, Kate i synka. Kiedy więc na rynku wydawniczym pojawiła się książka opisująca tajemnice tej niezwykłej dynastii, przeczytać musiałam.

            Muszę przyznać, ze książkę czyta się jednym tchem choć niejednokrotnie czułam się jakbym czytała plotkarską gazetę, pełno szczególików z życia Karola i Diany, Elżbiety II i jej męża księcia Filipa, które nie były dla mnie niczym nowym. Jednak po jakimś czasie uznałam, że takie ploteczki są całkiem ciekawe, i na pewne lepsze fakty zaczerpnięte z książki niż bzdurne gazety piszące nierzadko wyssaną z palca prawdę. Poza tym młodsze osoby lub te, które po prostu nigdy za bardzo nie interesowały się dworskim życiem Windsorów znajdzie tu naprawdę dużo ciekawych informacji choćby o protokole dworskim jego tajemnicach i rytuałach, o tym z czego żyje królowa, i informacje dotyczące lat wojennych i ich zachwycenia Adolfem Hitlerem o czym nie każdy wie. Ta książka to również wartko opowiedziana historia Europy XIX I XX wieku.


           Autor miło zaskoczył mnie tym, że opisał naprawdę ciekawe szczegóły rodu, i że przede wszystkim nie są to szczegóły dotyczące tylko Karola i Diany czy Williama i Kate (choć tych również jest sporo) ale również ciekawe kąski z czasów królowej Wiktorii czy kryzysu abdykacyjnego 1937 roku. Autor obnaża Windsorów z ich tajemnic, a mają ich naprawdę dużo, wszystkie niewygodne fakty gromadzone są w największym archiwum świata w lochach zamku Windsor gdzie dostęp do nich mają tylko wybrane osoby. Dowiadujemy się również, że Windsorowie to rodzina dysfunkcyjna, która wierzy, że jest ponad zwykłych śmiertelników, jej członkom trudno ułożyć sobie życie bo choć przecież jak każdy są ludźmi to prawie boski status, i niekończące się luksusy zmieniają każdego. Windsorowie prócz tego, że są ostatnią prawdziwą dynastią zachodu są również, a może przede wszystkim celebrytami, aktorami grającymi w najdłuższej operze mydlanej świata. Jej głowni bohaterowie nie robią nic innego prócz przecinają wstęgi, wygłaszania nudnych przemów, pozdrawiania tłumów z  pałacowego balkonu wystudiowanym ruchem dłoni no i czasem w coś szałowego się ubiorą, urodzą dziecko, zdradzą żonę. Jednak jest w tym całym cyrku i wiele pozytywów, które autor również wymienia. Przede wszystkim poczucie ciągłości rodu, stabilności, i ogromne wpływy jakie przysparza panowanie Windsorów budżetowi Wielkiej Brytanii.


             Takie fundamentalne podstawy pewnie jeszcze długo pozwolą Windsorom zachować swoją „Firmę” , a nam zwykłym śmiertelnikom jeszcze długo będzie sprawiać przyjemność podpatrywanie ich bajkowego życia, a w najbliższych latach z ciekawością będziemy obserwować czy przyszłym królem zostanie nadęty Karol czy wyprzedzi go uwielbiany William. Poza tym każdy Brytyjczyk przez całe swoje życie płaci niecałego funta na rodzinę królewską to w sumie niezbyt wygórowana suma by móc oglądać codzienne odcinki tej jedynej w swoim rodzaju telenoweli.

          A swoją drogą… wiecie, że pasją królowej jest łapanie w siatkę zaczepioną na kiju nietoperzy w zamku Windsor? Że William i Kate to nałogowi palacze, a książę Karol ma wyprasowane nawet sznurówki? Poczytajcie sobie jeśli interesują Was Windsorowie, i chcielibyście poznać dogłębnie historię tej niezwykłej dynastii.

niedziela, 05 stycznia 2014

           Tegorocznego Sylwestra spędziłam w towarzystwie najnowszego tomiku wierszy pana Jacka Dehnela  zatytułowanego „Języki obce”. To, ze autor jest świetnym prozaikiem wiedziałam już od dawna jego powieści „Lala”, „Balzakiana” czy traktującą o książkach „Młodszy księgowy” uważam za wybitne, jednak jakoś po wiersze nie sięgałam. Chyba ze strachu przed samą sobą by moja inteligencja nie okazała się zbyt małą do jej zrozumienia. jednak skusiłam się, przeczytałam, a poeta znowu potwierdził klasę.


        „Języki obce” to mały bardzo poręczny zeszycik z piękną okładką przedstawiająca zdjęcie odkopania posągu Antinousa w Delfach w 1894 roku to zdjęcie zainspirowało poetę do napisania mojego ulubionego wiersza z tego tomiku pod tym samym tytułem. Znajdziemy tu różne formy literackie czytając na przykład plankty zachwyciłam się tym o pannach młodych, które spotykam wokół wciąż i wciąż. Najlepszym w moim odczuciu jest rozdział tytułowy w którym wszystkie wiersze są pokłosiem jak mniemam różnych międzynarodowych spotkań w których Dehnel brał udział. Poprzez styczność z ludźmi różnej narodowości  powstały te wielobarwne wiersze z których możemy się dowiedzieć o czym przy śniadaniu rozmawiała Amerykanka ze Słowakiem, co krzyknęła Islandka, i czy Amerykanka jednak porzuci męża…


           Choć zeszycik jest cieniutki i można połknąć go w jeden dzień, stanowczo odradzam, osobiście dawkowałam sobie po kilka wierszy dziennie, najlepiej czytać rano kiedy masz mózg jest świeży i wypoczęty,  można wtedy więcej z nich wynieść. Przyznam, że nie było łatwo, nie wszystkie zrozumiałam ale niektóre z nich to naprawdę perełki. Nie bójcie się sięgać po poezję bo pięknie wzbogaca myśli i duszę.



Tagi: Dehnel poezja
12:24, sylviaa777 , Książki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 grudnia 2013

 

          Po przeczytaniu i zachwyceniu się opisywaną kilka pozycji niżej powieścią „Żar” węgierskiego pisarza Sandora Marai przyszedł czas na kolejną pozycję z tamtych stron. Tym razem inny węgierski klasyk Dezső Kosztolányi i jego wybitna powieść „Ptaszyna”, która umilała mi spokojny świąteczny czas.

           Jest początek września 1899 roku, Ptaszyna ma 35 lat, i jest pozbawioną widoków na przyszłość starą panną, mieszkającą z dwojgiem rodziców w małym węgierskim miasteczku.  Rodzice kochają ją bardzo jednak jej staropanieństwo spędza im sen z powiek, jednak nie tracą nadziei na to, że jeszcze nie wszystko stracone, i ktoś zainteresuje się ich córką. Wiedzą jednocześnie, ze będzie to trudne bo Ptaszyna jest brzydka co więcej… jest bardzo brzydka nawet ojciec zwracając się do żony opisuje ją w ten wielce wymowny sposób: „Gdyby była kulawa, gdyby była garbata, nawet gdyby była ślepa, nie byłaby taka brzydka!”.

          Córka swoją potrzebę małżeństwa i macierzyństwa realizuje w opiece nad rodzicami – staruszkami narzuca im porządek dnia, sposób żywienia, wybór rozrywek i towarzystwa, a rodzice, z miłości do córki, akceptują te swoiste zasady życia zakonnego. Jednak nadchodzi dzień w którym Ptaszyna po raz pierwszy w życiu opuszcza rodziców, i wyjeżdża do rodziny na wieś odpocząć od codziennych obowiązków.

        Wyjazd ten początkowo przeraża rodziców, nie znają już życia bez córki, nie mają prawie żadnych znajomych, pójście do restauracji na obiad jest w ich mniemaniu uwłaczające jednak pomału zaczynają dostrzegać w jej nieobecności pewne walory. Dostają drugie życie i zachłystują się nim, wychodzą do teatru, zaczynają spotykać ludzi wśród których ciągle ciszą się dobrą opinią, smakują życie na nowo. Jednak czas szybko płynie, i powrót Ptaszyny zbliża się wielkimi krokami.

      Książka nie odsłania się nam od pierwszych chwil dopiero z czasem coś zaczyna się wyjaśniać, krystalizować. Od początku czujemy, że ten jakby na siłę przedstawiony obraz kochającej się rodziny, właściwie rodziny bez skazy jest mało wiarygodny, i intuicyjnie czekamy na jakiś mocny akcent który sprawi, że prawda wyjdzie na jaw.

      „Ptaszyna” to powieść niespieszna, powolna i choć pod spodem czuć jak kipią emocje to odczujemy to dopiero po wczytaniu się w nią głębiej. Powierzchownie nic nie zapowiada tego, że jej odbiór może finalnie być tak potężny. Jednak piękny jest ten spokój to życie trudne i znojne przez co tak prawdziwe. My już obecnie nie potrafimy tak żyć by akceptować wyroki losu i nie sprzeciwiać się im, przyjmować życie takim jakie jest.

       Znamienna jest dla mnie samotność w książce. Cała trójka choć bardzo się kochająca to każdy z nich wydaje się być samotny w swoim codziennym życiu, połączeni a jednak... gdy nadchodzi coś, co wydawać by się mogło jest zupełnie zwyczajne- zmienia każdego z bohaterów z dnia na dzień.



poniedziałek, 16 grudnia 2013

        Jeśli chcecie się dowiedzieć jak z niepozornego XIX wiecznego sklepiku gdzie wszystkie towary mieściły się w komodzie ciotki Anieli doszło do wybudowania największego Domu Towarowego Europy Środkowej zachęcam do przeczytania  książki Cezarego Łazarewicza „Sześć pięter luksusu”  w której opisuje nieprawdopodobną wręcz historię powstałego w 1914 roku Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy.


       Już w samą okładkę można się wpatrywać kilka minut, błądzić wzrokiem po witrażach, gustownych lampach, misternych gzymsach, plakatach ukazujących ówcześnie obowiązującą modę, szerokie schody wręcz zapraszają by wejść  do działu z bielizną, przejść przez dział kostiumów i sukien by znaleźć się na samej górze w kawiarni. Sklep był olbrzymi jak na ówczesne warunki choć i dzisiaj nie należałby do małych, wyposażony w takie nowinki techniczne jak automatyczne drzwi wejściowe czy windę, w środku można było znaleźć dosłownie wszystko, od odzieży, bielizny po dział nowinek technicznych czy sportowy, a także mekkę wszystkich warszawskich dzieci sklep zabawkowy. Wystrój sklepu był oszałamiający, a muzyka fortepianowa, która dobiegała z trzeciego piętra gdzie nierzadko przygrywała bez mała cała filharmonia powodowała taki tłok że 600 osobowy personel miał problem z poruszaniem się po stanowiskach pracy. To było nie tylko sześć pięter luksusu i nowoczesności ale również kultury - prawdziwa Kraina Czarów.


        Z każdą przeczytaną kartką uświadamiałam sobie, że owszem opisywany sklep to tylko wspomnienie przeszłości jednak jedna myśl nie dawała mi spokoju „przecież ja to rozmieszczenie, różnorodność znam z teraźniejszych Centrów Handlowych” na jak wysokim poziomie intelektualnym musieli być twórcy tego imperium, że wprowadzali w życie mechanizmy handlowe które będą obowiązywały również za sto lat? Jeśli przyjrzycie się dokładnie pięknym zdjęciom zamieszczonym co kilka stron dojdziecie do wniosku, że to co nam wydaje się nowością tak naprawdę wcale nią nie jest.

         Jest tylko jeden aspekt, która odróżnia ówczesność od teraźniejszości to podejście właścicieli do pracowników, dbałość, pomoc, zapewnienie wypoczynku w postaci wyjazdów w góry czy spływów kajakowych, opieka nad matką z dzieckiem, zapewnienie odpowiednich kursów podnoszących kwalifikacje bo choć każdy z pracowników znał przynajmniej dwa języki obce to jeśli komuś kurs językowy był potrzeby miał go na wyciągnięcie ręki. Właściciele chcieli by podwładni czuli się jakby pracowali u siebie wiedząc, że tylko tak mogą liczyć na ich lojalność co przełoży się na efektywność pracy, dzięki czemu nawet po kilkudziesięciu latach zachowały się w głowach nielicznie już żyjących ciepłe, prawie braterskie uczucia na wspomnienie rodziny Jabłkowskich. Ta książka powinna być biblią dla każdego przedsiębiorcy właśnie w kwestii poszanowania pracownika.


       Muszę przyznać, że mnie ten miniony świat zawsze ujmuje, XIX-wieczna Warszawa zauracza, wprowadza nastrój melancholii, i nasuwa zawsze tą są myśl co by było gdy nie tragiczna przeszłość historyczna 1939 roku..wielki żal.. ehh nie raz czytając łza się w oku zakręci. Pan Łazarkiewicz pisze pięknym językiem oddając w stu procentach klimat epoki więc wystarczy zacząć czytać by bez problemu przenieść się w tamten świat.

        Książkę czyta się świetnie tyle w niej ciekawostek, opowieści, faktów o których z racji mijającego czasu mało kto już pamięta. Jednak ”Sześć pięter luksusu” to historia nie tylko samego budynku ale może przede wszystkim historia losów niezwykłej rodziny, która  szanując  trud jaki do jej powstania wnieśli poprzednicy umiała z pokolenia na pokolenie kontynuować  jej rozwój. I choć od 60 lat trwają spory o odzyskanie przez rodzinę budynku zabranego przez władze komunistyczne w 1950 roku to i tak w głowach i sercach warszawiaków Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy istnieje nadal, w moim od teraz również. Można mieć tylko nadzieję, ze sprawy znajdą w końcu szczęśliwie zakończenie.


       W owym czasie istniał w Warszawie jeszcze jeden duży Dom Towarowy największy konkurent Jabłkowskich był to DT Bogusława Herse jeśli ktoś chciałby zobaczyć jak wyglądała praca subiekta, to zachęcam do obejrzenia świetnej komedii z 1933 roku pt.: „Jego ekscelencja subiekt”, której akcja rozgrywa się właśnie w magazynie mód „U Hersego” z doborową obsadą Eugeniusza Bodo i pięknej Iny Benity.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
PRZECZYTANE W 2014
PRZECZYTANE w 2013
PRZECZYTANE W 2012
FILMY
BLOGI KSIĄŻKOWE DO KTÓRYCH ZAGLĄDAM
Tagi