niedziela, 08 grudnia 2013

            Bardzo lubię książki Pani Gutowskiej-Adamczyk są lekkie, i nieskomplikowane można sie przy nich wyluzować w przerwie między ambitniejszymi pozycjami. Uważam, że jest obecnie najlepszą autorką tzw. literatury kobiecej w Polsce. Jej książki nie są tak przesłodzone jak Ficner – Ogonowskiej czy wręcz grafomańskie jak Michalak. Może dlatego, że zadebiutowała jako scenarzystka serialu „Tata, a Marcin powiedział”, a dopiero później zaczęła pisać książki najpierw dla młodzieży aż po znane bestsellery jak  trzytomowa saga  rodzinna „Cukiernia pod  Amorem” czy „Mariola, moje krople…” aż po pierwszy tom „Podróży do miasta świateł”.

              Na drugi tom trzeba było czekać rok, i tak jak w pierwszym równolegle śledzimy losy dwóch kobiet Niny współczesnej dziewczyny, która w wakacje postanawia odwiedzić Paryż, i Rose której życie toczy się w tym samym mieście tyle tylko, że wiek wcześniej. Poznajemy jej codzienne zmagania oraz perypetie uczuciowe. Tymczasem we współczesności poszukiwania Niny nie przynoszą właściwie żadnych rezultatów. Wraz z przyjaciółką o imieniu Zoe natrafia na trop tajemniczego argentyńskiego biznesmena o imieniu Ruben, który jak się okazuje nabył zamek w Val. W zamku tym przez część swojego życia mieszkała Rose ze swoim mężem i przybraną córką.

               W toku opowieści dowiadujemy się, iż stopniowo Nina i Ruben, których początkowo łączą tylko stosunki zawodowe coraz bardziej się do siebie zbliżają… Jednakże mężczyzna, który na początku wzbudzał w Ninie wręcz paniczny lęk teraz podświadomie wzbudza w niej niepokój. Nina nie jest pewna czystości Jego intencji…


             Magiczne pióro autorki przenosi nas w życie codzienne Paryża, w jego konwenanse oraz niepokoje polityczne… Pani Małgorzata uchyla nam drzwi do świata dwóch żyjących w różnych epokach kobiet, które wciąż poszukują prawdziwej miłości, poczucia bezpieczeństwa oraz akceptacji. Ukazuje też zagmatwane relacje międzyludzkie…

           Książka jest lekka i przyjemna jednak wątek Rose tak w pierwszej jak i w drugiej części jest zdecydowanie lepszy i bardziej ciekawy. Losy Niny przedstawione są dość tandetnie czasami miałam wrażenie, że autorka zaczerpnęła trochę z trylogii E.L James. Jakby nie było ten wątek równie dobrze mogłabym całkowicie pominąć.

            Jeśli, więc chcecie z jednej strony dzięki Rose zanurzyć się w atmosferę Paryża wraz z jego salonami sztuki, a z drugiej wraz z Niną odkrywać sekrety z przeszłości zapraszam Was do lektury „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord”.



16:20, sylviaa777 , Książki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 listopada 2013

            „Samsara” długo czekała na przeczytanie, jakoś nie mogłam się za nią zabrać co dziwne bo jest naprawdę ładnie wydana,ma świetny trailer który można zobaczyć poniżej, a okładka dla mnie wprost rewelacyjna, jednak stała, kurzyła się i czekała. Aż kilka dni temu uświadomiłam sobie, że zbliża się pół roku zimna, i postanowiłam wyjechać w tropiki choćby palcem po mapie. Jednym słowem „Samsara” poszła w ruch.


         

            Pierwsze o czym pomyślałam przeczytawszy dosłownie kilka kartek to podobieństwo do książek Wojciecha Cejrowskiego, autor chyba chciał by jego dzieło było równie popularne, i równie dobrze się sprzedało. Nie jest to książka która objaśni dokładnie jak jechać, i czy warto (choć na końcu są „pomoce” które mogą posłużyć za kierunkowskaz jeśli ktoś miałby ochotę przejechać się śladem Michniewicza) to książka o przygodzie, którą autor przeżył wraz z trojgiem przyjaciół podróżując po Azji. Mamy tu zabawne dialogi, przygody pełne niebezpieczeństw, ale również słodkie lenistwo, czary, podziw piękna krajobrazu, niesamowite azjatyckie metropolie i ruiny dawnych królestw, poznamy dziwne z naszego punktu widzenia kultury, specyficzne obyczaje i pełną pułapek azjatycką kuchnię.


     

             Niby czyta się całkiem przyjemnie jednak nie zachwyciła mnie jak inne tego rodzaju, przygody jakoś tak chaotycznie opisane, niby od początku szukamy jakiegoś czarownika ale niestety nie znajdujemy go do końca książki, a szkoda bo ten zamysł był całkiem fajny i autor mógł się skupić na tym wątku, a tak to po chwili wpadamy już w inny pomysł który zaświtał mu w głowie. Finalnie odczucia moje są co najmniej średnie. Poza tym z książki nie dowiedziałam się niczego nowego, niczym mnie nie zachwycił po prostu opowiedział swoje przygody na tle objechanego kawałka Azji. Tak naprawdę to książka bardziej przygodowa niż podróżnicza. Ja wiem, że teraz coraz trudniej zachwycić ludzi swoimi opowieściami z podróży, każdy już gdzieś był, coś widział ma własne przeżycia jednak jeśli już ktoś wydaje książkę to niech się postara. Przeczytać można ale bez szału.
           Tomasz Michniewicz to dziennikarz, fotograf, reportażysta i zapalony backpacker. Był dziennikarzem Programu III Polskiego Radia w którym prowadził program „Trójka przekracza granice”. Od czerwca tego roku można go usłyszeć w Radiowej Jedynce

środa, 13 listopada 2013

              Zrobiłam ostatnio przegląd internetowych stron poświęconych literaturze w celu znalezienia jakiś wartościowych, krótkich książek, które jadąc pociągiem mogłabym przeczytać w 2-3 godziny. Muszę przyznać, że takich małych arcydziełek jest cała masa, choćby Twain, Golding, Steinbeck, czy autor mojej ukochanej książki „Tysiąc drzewek pomarańczowych” José Mauro de Vasconcelos. Jednak moją uwagę przyciągnął ktoś inny, autor zupełnie mi nie znany węgierski pisarz Sandor Marai, i jego dzieło „Żar” jest to książka którą nie da się „zapchać” kilku godzin w transporcie publicznym byłoby to świętokradztwo.

             Fabuły oczywiście nie zdradzę, powiem tylko, że choć napisana w roku 1942 idealnie oddaje wiktoriański klimat, klimat mroczny, przesycony zapachem cygar, ognia z kominka i tajemniczo rozświetlony płomieniem świec. Książka wprowadza nas w tak niesamowity klimat wyczekiwania, napięcia że trudno się otrząsnąć, i choć bliżej jej do dramatu to wciąga jak najlepszy kryminał  bo nic tu nie jest wyjaśnione od razu, co więcej wydaje się, że z każdą kolejną kartką komplikuje się jeszcze bardziej. Dlatego brniemy do końca jak szaleni by tylko poznać mroczne tajemnice bohaterów, którzy spotykają się u kresu własnego życia, i w ciągu jednej letniej nocy starają się rozwiązać to co przed laty skomplikowali. 


              Teraz akurat robi się dobra pora na czytanie takich książek zapada wcześniej zmrok, na dworze robi się trochę „cmentarnie” warto wykorzystać jeden wieczór, i zamknąć się w cichym pokoju z tym tajemniczym arcydziełem w ręku. Książka to w zasadzie monolog choć milczenie innych, nawet tych już nieżyjących jest niemym krzykiem. To co zrobił autor, jaki portret psychologiczny bohaterów naszkicował zakrawa na najwyższe uznanie. Szukam już kolejnych książek Sandora Marai bo „Żar” naprawdę rozpala umysły, i wzmaga ochotę na więcej. Absolutne Arcydzieło.

              Sandor Marai ciężko przeżył śmierć żony, która umarła na raka gardła, brata oraz niespodziewaną śmierć adoptowanego syna Janosa, i w 1989 roku odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. Powieść została wydana w Polsce po raz pierwszy w 2000 roku za sprawą wydawnictwa Czytelnik.

środa, 06 listopada 2013

     Odkąd kanadyjska mistrzyni opowiadań Alice Munro została uznana za wielce prawdopodobną kandydatkę do literackiej nagrody nobla jej dzieła zostały w szybkim tempie wydane na nasz rodzimy rynek. Kiedy 10 października ogłoszono, że przypuszczenia wielu się sprawdziły, i pisarka została powołana w zacny poczet noblistów jej książki stały się u nas bestsellerami co akurat rozumiem bardzo dobrze będąc świeżo po lekturze „Za kogo Ty się uważasz?”.


          To moje pierwsze zetknięcie z twórczością Munro, i choć może nie zostałam powalona na kolana to jednak wiem, że przeczytam jej wszystkie dostępne u nas książki z prostej przyczyny – opisu uczuć. W skład książki wchodzi dziesięć opowiadań opisujących poszczególne etapy życia Rose, które łączą się w jedną spójną całość. Trzeba przyznać, ze każde z opowiadań kipi kobiecymi emocjami, i choć każde  właściwie nie ma zamkniętego końca jakoś to nie drażni, nie przeszkadza, bo bezwiednie sami sobie dopowiadamy ciąg dalszy właśnie skończonego zaczynając kolejne. To też książka o przemijaniu, a przede wszystkim o wpływie dzieciństwa na całe dorosłe życie. Kiedyś Rose usłyszała od macochy a później od nauczycielki w szkole „Za kogo Ty się uważasz?” to pytanie  prześladuje ją przez całe życie, i całe życie próbuje sobie na nie odpowiedzieć.

      Akcja osadzona jest  w kanadyjskiej prowincji Ontario od czasów powojennych do końcówki 70-tych tak przynajmniej wywnioskowałam mam nadzieję, że prawidłowo, ale jakoś tak cały czas miałam w myślach specyficzny klimat amerykańskich filmów z lat 60-tych może prze tą okładkę która jakoś tak sama myśli naprowadza w tym kierunku. Książka została napisana w 1978 roku więc kawał czasu minęło do jej wydania w Polsce w 2012 roku dzięki wydawnictwu W.A.B. tak jak większość z jej dorobku, jednak cieszmy się, że są, że można je czytać bo są to wartościowe książki, których za wielką zaletę uznaję to, że pisane są w zwyczajnym chciałoby się napisać „prostym” języku nie trzeba zastanawiać się co autor miał na myśli tylko płynie się po tekście jak po spokojnym morzu lekko unosząc się, i opadając gdy w środku wszystko drga od emocji.

sobota, 26 października 2013

            Wenecję poznałam kilka lat temu, olśniła mnie swoim koronkowym pięknem przeglądającym się w lustrach wody. Będąc tam ma się wrażenie, że przeniosło się do innego świata, świata bez współczesnych „udogodnień”, a starodawną ciszę błądzącą po krętych uliczkach zagłusza jedynie szelest głosów turystów z całego świata, odgłos ich kroków czy śpiew gondoliera. Wracam do niej w rzeczywistości i w marzeniach, i wiem jak to jest być w słodkiej niewoli tego miasta.

           Już jakiś czas temu chciałam znaleźć coś wartego przeczytania o tym mieście bo wiem, że wielu pisarzy również wpadło w jej sidła. Szukałam, i znalazłam coś wysokich lotów „Znak wodny” noblisty Josifa Brodskiego to napisany w 1989 roku esej opisujący zachwyt jaki przez lata odwiedzin miasto wywarło na pisarzu.


           Sam chorując na serce odnalazł w tym mieście kompana w chorobie Wenecja też nieuleczalnie chora skazana właściwie na zagładę na podzielenie losu Atlantydy dzieli swój los z Brodskim, a właściwie on z nią, jej czas jest liczony inaczej. Odkąd w 1972 roku Rosja sowiecka zmusiła go do opuszczenia kraju każde Boże Narodzenie i mglisty, zimny styczeń spędzał w Wenecji, był z nią całkowicie połączony i za życia, i jak się okazało po śmierci bo również tam został pochowany. Dlaczego jego przyjazdy odbywały się tylko zimą? Sam najlepiej to wyjaśnia: „…nie przyjechałbym tu nigdy w lecie, choćby mi przystawiano lufę do pleców. Upał znoszę bardzo kiepsko: niepowściągnione niczym wydzielanie węglowodorów i woni spod pach – jeszcze gorzej. Odziane w szorty stada, zwłaszcza te rżące w języku niemieckim, również działają mi na nerwy…” Uważał, że zima to abstrakcyjna pora roku w której wszystko jest twardsze i dobitniejsze przez co życie wydaje się prawdziwsze niż kiedykolwiek indziej.


             Nie da się ukryć, że był magią Wenecji zauroczony skoro pisał, że nawet łóżka, a właściwie ich zwieńczenia przyciągają uwagę bardziej niż to co może się w nich znajdować: „..niż anatomia ukochanej, której jedyną przewagą w tej sytuacji mogłaby być zdolność do ruchu i ciepło…”. Jeśli się przedkłada piękno łóżka nawet nie wiem jak starego nad urodę partnerki, która się w nim znajduje to wytłumaczyć może to tylko wielka miłość do sztuki, którą całkowicie rozumiem. Po takich słowach wie się, że Wenecja i Brodski to nierozerwalna całość. Najpiękniejszy opis ukochanego miasta jaki czytałam.

          Trzeba pamiętać, że Brodski to przede wszystkim poeta dlatego książka choć napisana prozą jest bardzo poetycka. Piękne metafory, które tym co już byli w Wenecji otwierają oczy na nowo zmuszając do odbycia podróży choćby w wyobraźni raz jeszcze, a tym którzy nie byli obiecuje takie wrażenia, że nie sposób nie ulec i nie odwiedzić. Jednak w opisie całego tego zachwytu miastem znajdziemy również wiele przemyśleń, teorii ukazujących wielką mądrość pisarza.


           Na koniec muszę powiedzieć, że Brodski pisze pięknie choć nie łatwo, by go dokładnie zrozumieć trzeba trochę wysiłku może to dlatego jest w Polsce jakby zapomniany, i tylko ludzie mający większe ambicje czytelnicze sięgają po jego twórczość, szkoda…. jest WIELKIM PISARZEM.



poniedziałek, 21 października 2013

        Po „Chustce” Joanny Sałygi obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wezmę się za czytanie czegoś opisującego choć w połowie tak niewyobrażalne cierpienie. Pamiętam smutek jaki towarzyszył mi przez kilka dni po jej skończeniu. Jednak ostatnio w mojej bibliotece zobaczyłam małą książeczkę, taki zeszycik prawie, wzięłam do ręki, i okazało się że „Cień mojego dziecka” P.F. Thomese to bardzo osobista książka jaką napisał ten znany holenderski pisarz by uporać się ze swoimi uczuciami po śmierci córeczki. Więc wzięłam ją do domu spodziewając się że wywoła łzy i współczucie niestety, nie miałam racji.


           Książka choć pełna ciekawych metafor, które wymuszają zatrzymanie i zastanowienie się to jakoś w moim odczuciu zbyt mało w niej opisu uczuć które są nieodzowne przy stracie kogoś tak bliskiego. Mimo, że rozumiem, że autor właśnie w ten sposób cierpi to jednak jego książka nie trafiła do mnie w 100 procentach. Czytając oczywiście współczuje się, cierpi i zastanawia nad swoim życiem nad śmiercią bliskich jednak te filozoficzne rozważania sprawiły, że zupełnie nie nadążałam za tokiem myślenia autora, jeśli chciał by książka była rozumiana tylko przez niego i jego żonę to po co ją wydawał? Już nawet nie chodzi o uczucia których może nie rozumiem ale o samą treść zupełnie dla mnie nie przystępną.

czwartek, 17 października 2013

           Od kiedy pamiętam mam skrywane pewne marzenie… sprzedać wszystko co posiadam i wyruszyć w szeroki świat by zobaczyć jego piękno może nawet osiedlić się w jakimś  ciekawym egzotycznym miejscu, nie mieć nic wspólnego z ZUS-em, NFZ-em, polityką, i szaleństwem materialistycznego świata.  Gdy usłyszałam o książce podróżniczej w której pewne małżeństwo opisuje swój zachwyt światem nie mogłam doczekać się jej przeczytania tym bardziej, że przez ostatnie 20 lat odwiedzili 60 krajów rozsianych po 6 kontynentach udowadniając, że do poznawania świata wcale nie trzeba wielkich pieniędzy ani wielkiej odwagi tylko ciągłej chęci poznania, ciekawości kultur, krajobrazów, spotkanych ludzi.  Aleksandra i Jacek Pawliccy to dziennikarze pracujący m.in. dla gazety „Wyborczej” której przez pięć lat byli korespondentami w Brukseli „Wprost ”czy „Newsweeka” ponadto Aleksandra Pawlicka jest autorką kilku książek „Stuhrowie. Historie rodzinne”, „Czas na kobiety”, „Ta straszna Środa”.


            Książka podzielona jest na 10 rozdziałów, które są tak naprawdę słowami kluczami według których będziemy poznawać opisywany świat. Kluczami tymi są np. Droga, Śmierć, Toaleta, Ciało występujące wszędzie na świecie jednak ich rozdźwięk w poszczególnych miejscach jest zupełnie inny od naszego, i to właśnie autorka opisuje - różnorodność.  Jeśli na samym początku zrozumiemy, że nie jest to przewodnik i będziemy trzymać się zaproponowanych drogowskazów naprawdę świetnie będzie się czytało, i nie będzie zdziwienia kiedy zaczniecie czytać o Tybecie po chwili przechodząc do opisu Australii, Peru by za moment znowu wrócić do Tybetu.


            Mimo, że książka wydaje się niezbyt obszerna biorąc pod uwagę 20 lat podróży to czyta się ją naprawdę długo, jak to zwykle w książce podróżniczej zamieszczona jest masa zdjęć, które są dziełem męża autorki. Ponadto te 20 lat to tak naprawdę nie pełne 20 lat w podróży jak zrozumiałam przy promocji książki tylko wyprawy które przez ten czas autorzy odbyli. Na początku myślałam, że porzucili prace, i wybrali się w świat jednak nic z tych rzeczy. Jakby nie było zazdroszczę tych wspomnień, którymi można by obdzielić pół mojego miasta, tych krajów odwiedzonych, pustyń przemierzonych, ludzi poznanych, zobaczenia tak wielu światów, spróbowania każdej kuchni, powąchania wszelkich zapachów ziemi. Ileż w tych podróżach musiało być niebezpieczeństw, łez, krwi, ale również i radości, śmiechu, wzruszenia sama wiem, że emocje towarzyszące podróżom są jednymi z najpiękniejszych jakie się w życiu doświadcza. Książka z której można się wiele dowiedzieć Polecam.


niedziela, 06 października 2013

            Książkę trzeba opisać od okładki która robi wielkie wrażenie spoziera z niej piękna namiętna kobieta o ponętnych zmysłowych ustach, dużych oczach, cudownych włosach, i niebotycznych nogach, które pierwsze rzucają się w oczy poza tym małe słodkie niedoskonałości które i tak były doskonałe zadarty nosek i lekko skrzywiony zgryz. Absolutnie doskonała całość, ikona kina, mody niedościgniona przez lata Brigitte Bardot.

            Brigitte nie od zawsze była piękna jako dziecko nosiła specjalistyczne okulary, i aparat korygujący zgryz, jej wielką miłością był taniec od najmłodszych lat pobierała lekcje tańca klasycznego dzięki któremu w przyszłości jej sylwetka, sposób poruszania się czy trzymania głowy będzie tak lekki, zwiewny i jednocześnie hipnotyzujący. Najpierw rozkochała w sobie całą Francję później na jaj punkcie oszalał cały świat. Nie miała szczęśliwego dzieciństwa choć urodzona w zamożnej burżuazyjnej rodzinie nie dostała tyle miłości ile by potrzebowała, stąd częste na szczęście nieudane próby samobójcze. Dostała wielki dar od natury – fotogeniczność, na zdjęciach była piękniejsza niż w rzeczywistości, i choć jej twarz miała tendencję do pocenia się oraz wygląd lekkiego grymasu dodawało jej to tylko dziewczęcego uroku.

            Brigitte Bardot zmieniła kino nie swoim wybitnym talentem aktorskim, a ukazując nieskrępowane, naturalne, nagie ciało. W jej najważniejszym filmie „I bóg stworzył kobietę” rozbiera się, uwodzi szalonym tańcem, gorszy i szokuje świat ale to właśnie ten film zrobił z niej międzynarodową gwiazdę, i niepodważalny symbol seksu. W czasach kiedy hollywoodzkie gwiazdy były produktami wytwórni filmowych ich wygląd był zbyt przerysowany, a przez to sztuczny BB szokowała naturalnością, swoimi długimi potarganymi przez wiatr włosami skracała dystans do publiczności, była bliższa, bardziej realna.

            Była prekursorką w wielu dziedzinach wylansowała krótkie szorty, koszulkę typu t-shirt, typ stanika znany pod nazwą Bardotka, a także rozpuszczone, szalejące na wierze długie włosy „Dziś Bardot mogłaby domagać się praw autorskich ilekroć jakaś dziewczyna rozczesuje włosy palcami na ulicy, w biurze czy na plaży” wcześniej włosy były uczesane to ona nadała im naturalną swobodę. Poprzez swój pierwszy film "I Bóg..." wylansowała również małą rybacką wioskę Saint-Tropez.           

            Kiedy tak patrzę na jej zdjęcia nasuwa mi się jedna myśl, przecież to współczesna dziewczyna widzę ją w większości  dziewczyn na ulicy również Kate Moss to nic innego jak jej mniej sexowny klon, Pamela Anderson, Lara Stone czy w końcu Amie Winehouse która też garściami czerpała z jej wizerunku niemożliwe, że ta współczesna dziewczyna mogłaby być moją babcią. BB przeskoczyła swoją epokę o dekady warto popatrzeć na jej zdjęcia czy wygrzebać z filmoteki filmy z jej udziałem.

            Mimo pięknych zdjęć co kilka stron, bardzo ładnego wydania całej książki no i ciekawego tematu jakim niewątpliwie jest życie jednej z największych gwiazd kina oraz wielkiej orędowniczki praw zwierząt książka nie wciągnęła mnie tak jak myślałam nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy po prostu autorka opisała temat w mało wciągający sposób. Poza tym książka jest idealna dla fanów francuskiego kina pełno w niej informacji na temat reżyserów, filmów, francuskiej śmietanki towarzyskiej i artystycznej, aktorów co mogło mieć wpływ na mój odbiór bo za kinem francuskim nie przepadam. Mimo, że nie ”pożarłam” jej tak jak inne biografie uważam, że warto ją mieć w swojej biblioteczce choćby ze względu na zdjęcia.

sobota, 28 września 2013

                Ostatnio wpadła mi w ręce książka o której nigdy wcześniej nie słyszałam ani tytuł ani nazwisko autora nic mi nie mówiło. Została mi podsunięta ze słowami „przeczytaj bo świetna” a, że mi jakoś samoistnie wyostrzają się zmysły jak ktoś tak mówi to wzięłam i przeczytałam, i naprawdę świetnie się przy tym czytaniu bawiłam.

               Głównym bohaterem książki jest Paweł, Paweł to „prawdziwy mężczyzna. Polak”, który wykonuje prawdziwie męski zawód Prawnika, i jest w nim oczywiście świetny. Paweł ma wiele dóbr, ma ogromny apartament w którym sąsiaduje z gwiazdami telewizji, i polityki, ma wysokiej klasy samochód, i masę pieniędzy na koncie. Jednym słowem jest człowiekiem sukcesu co jest domeną typowo męską oczywiście poza tym wszystkim Paweł ma też rodzinę żonę Maję, i synka Wiktora, którego żona tak strasznie rozpieszcza nazywając Wiktorkiem, a to takie niemęskie przecież, i Paweł się boi żeby z tego Małego jakiś „pochwiak” czy inny „zwisior” broń boże nie wyrósł, i stara się mu w miarę możliwości oczywiście bo nie zawsze jest czas wartości męskie przekazywać. Bo teraz takich nowoczesnych „zwisiorów” pełno naokoło gotowych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wartości mądrych, Polskich, typowo męskich nie respektować, i stając się „wymoczkiem” który to rozdrabnia się nad problemami małżonki zapominając o tym, że taka jej rola by wiernie czekać z zupą na stole na mężczyznę dniem pracy skonanego. Paweł dużo wie, bo przecież jest mądry, jednak jednego nie potrafi zrozumieć coś żona mu się jakoś tak okoniem stawia ostatnio, i robi wszystko na opak nawet do pracy poszła, i on tej zupy już nie ma na stole codziennie, jednak najgorsze jest to, że ta niewdzięcznica chce go po prostu porzucić JEGO mężczyznę doskonałego. Ehh… ciężkie życie ma Paweł, przeczytajcie jak bardzo bo naprawdę warto. A mecz piłki nożnej czy otrzymanie Biało-Czerwonego Promila za „kultywowanie kawalerskich, i szlacheckich tradycji na polskich szosach” po prostu zwalają z nóg.

               Jest to właściwie tragikomedia” co chwilę wywoływany śmiech kwitowany jest pobłażliwym kiwaniem głową bo nikt świadomy nie chce mieć z takim mężczyzną dobrowolnie do czynienia. Któż z nas bowiem nie zna mężczyzn nadludzi, którzy uważają, że już samo bycie mężczyzną to ogromne wyróżnienie. Racją jest pewnie odchodzenie takiej postawy w zapomnienie jednak zadziwiająco ciężko to idzie.

              Książkę czyta się bardzo szybko choć jest specyficznie napisana, komizm przez łzy, kilka barwnych postaci, i zmysł obserwacyjny autora, który na co dzień jest psychoterapeutą daje naprawdę niezły wgląd w męski świat, i męskie dylematy choć oczywiście nie całej populacji :)

niedziela, 22 września 2013

            Długo myślałam nad wstępem do dzisiejszej recenzji bo autentycznie pierwszy raz nie wiedziałam jak zacząć. Chciałam napisać, że przeczytałam absolutnie fenomenalną książkę jednak nie jest to takie proste, bowiem do opisywanej książki to stwierdzenie zupełnie nie pasuje, może lepiej by brzmiało widziałam ciekawą książkę choć to widziałam też jakoś  nie oddaje tego co przez ostatnią godzinę robiłam. No cóż jakby to nie miało zabrzmieć muszę napisać, że przez ostatnie cztery kwadranse oglądałam swoisty fenomen zamknięty w formie książki. Dlaczego tak staram się dopasować słowa do wydarzeń sprzed chwili?? Bo chcę wam opowiedzieć o książce, która nie ma słów.

            Wydawać by się mogło, że jeśli książka nie zawiera słów tylko obrazy, i jest w zasadzie komiksem to wystarczy ją szybko przejrzeć by zrozumieć o co chodzi. W tym wypadku to stwierdzenie się nie sprawdza, żeby zrozumieć trzeba być mocno skupionym bo przecież każdy z nas czytelników musi ją sobie sam napisać mimo, że czasem nie zdaje sobie z tego sprawy. Obrazki wyjaśniają fabuł jednak treść tworzymy sami, a im komuś bliższa jest przedstawiona historia tym opowieść będzie wyrazistsza, mocniejsza, bardziej wzruszająca, przywołująca wspomnienia, opisywana wielkimi słowami. Do tego potrzeba skupienia, i ciszy.

            Niebywałym atutem książki jest jej wydanie, w wielkim formacie A4, na kredowym papierze zamieszczone są piękne obrazy narysowane ołówkiem utrzymane w kolorach bieli, czerni, i szarości robią duże wrażenie jednocześnie wzbudzając podziw dla talentu twórcy. Książka porusza emocjonalnie, a pięknie stylizowana na stary zapomniany dziennik z podróży jest pozycją obowiązkową dla estetycznych wrażliwców.

            Shaun Tan to 39 letni Australijczyk, ilustrator książek głównie dla dzieci i młodzieży, „Przybysz” został uznany za najlepsza książkę 2007 roku przez magazyn The New York Times. W 2011 roku został uchonorowany Oscarem za krótkometrażowy film animowany pt. „The lost thing”, który możecie zobaczyć poniżej. Jeśli poszukacie "Przybysza" również znajdziecie na YT jednak ja uważam, że książki tego typu trzeba dotknąć.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
PRZECZYTANE W 2014
PRZECZYTANE w 2013
PRZECZYTANE W 2012
FILMY
BLOGI KSIĄŻKOWE DO KTÓRYCH ZAGLĄDAM
Tagi