piątek, 12 lipca 2013

            „Podróżniczki” nieżyjącego już niestety holenderskiego pisarza Wolf’a Kielich’a ocaliła od zapomnienia polska tłumaczka Małgorzata Diederen – Woźniak kiedy to przez przypadek znalazła jego książkę w małej księgarence, i postanowiła przetłumaczyć na język polski. Ta pasjonująca książka przedstawia zapomniane już sylwetki niepokonanych kobiet, które odkrywając świat zapełniały ciągle jeszcze białe plamy na jego XIX wiecznej mapie. Jako pierwsze zdobywały himalajskie szczyty, syberyjską tajgę, odkrywały nieznane tereny Afryki czy Azji, poznając nowe gatunki zwierząt i roślin, niosły pomoc humanitarną i duchową jednak nierzadko płaciły za swoje pierwszeństwo wysoką cenę zamarzając na śmierć, umierając z tropikalnych chorób czy ginąc z rąk lokalnych plemion. Warto przeczytać tę książkę by uświadomić sobie jakie to szczęście, że żyjemy w czasach obecnych, i jak wielką drogę przeszłyśmy my kobiety przez te 100 ostatnich lat.

            Tak sobie myślę jak piękne, i jednocześnie przerażając musiały być takie wyprawy. Obecnie w dobie szybkiego przemieszczania się nasze podróże nie są już tak magiczne, i romantyczne jak kiedyś. Jeśli ktoś miał ochotę wypuścić się gdzieś poza Europę musiał miesiącami płynąć statkiem, iść pieszo, jechać konno, lub ewentualnie korzystać z lektyki. Pewnie to dreszcz emocji związany z byciem pierwszym sprawiał, że opisywane kobiety wypuszczały się w tak trudne tereny.

            Dzisiaj myślimy sobie ”cóż to za wyczyn wybrać się w daleką podróż” jednak trzeba pamiętać, że stosunkowo niedaleki XIX wiek był oddalony o lata świetlne od naszego wyobrażenia jeśli chodzi o możliwości kobiet o to co wypada co nie, o obowiązujące konwenanse. Wtedy mogłyśmy co najwyżej wyszywać, czytać wybrane(!) książki, grzać rączki przy kominku po powrocie z kościoła, rodzić dzieci, i pójść na spacer w towarzystwie oczywiście bo samotną kobietą na ulicy mogła być tylko pani lekkich obyczajów. Być kobietą w tamtych czasach nie był łatwo, na domiar złego jeśli któraś chciała zrobić cokolwiek co wiązało się z męskimi zajęciami była odsunięta przez towarzystwo, i patrzono na nią jak na dziwoląga. Nie muszę chyba dodawać, że podróżniczki, które opisane są w książce były właśnie takimi dziwolągami po czasie wkład w naukę niektórych pań został doceniony jednak tylko niektórych, większość z nich uznana została po prostu za szalone dziwaczki.

            Poza tym podróżować nie mogły wszystkie panie którym się to zamarzyło, mogły to zrobić tylko te, które pochodziły z bogatych rodzin, i którym mąż czy ojciec wyraził zgodę na finansowanie, niektóre później po powrocie zarabiały na pisaniu książek i artykułów do gazet jednak na początek musiał ktoś je wspomóc. Zresztą różnica między podróżami kobiet, a mężczyzn była tak wielka ponieważ już na początku mężczyźni za swoją pracę byli wynagradzani przez rząd kobiety musiały same finansować swoje wyprawy co oznaczało, że prawie wszystkie panie opisywane w książce pochodziły z bogatych rodzin burżuazyjnych lub arystokratycznych.

            Może właśnie ze względu na pochodzenie, na ówczesną modę i konwenanse obowiązujące w ich wysokiej sferze życia wszystkie odbywały swoje podróże ubrane tak jakby wychodziły na spacer po mieście. Niemałe było moje zdziwienie kiedy dzięki zamieszczonym zdjęciom przyjrzałam się ich ubiorowi. Z niedowierzaniem wprost śledziłam jak przedzierały się przez dżunglę czy wchodziły na ośmiotysięczniki a wszystko w tych sięgających kostek spódnicach, białych bluzkach zapiętych pod szyję, skórzanych bucikach na obcasiku, i nieodłącznym wielkim kapeluszu (czasem plus parasolka). Podejrzewam, że nie robiły tego z wygody ale z mocno zakorzenionego poczucia wyższości nad „dzikimi” by pokazać im że tylko cywilizacja może ich uratować. Kobieta ze zdjęcia zamieszczonego na okładce w krótkich spodenkach, siedząca  „po męsku” na zebrze jest absolutnym fenomenem.

            Nie sposób zrozumieć dzisiaj ówczesnego traktowania kobiet dlatego i ja nigdy nie zrozumiem dlaczego mężczyzn w tym względzie traktowano jak bohaterów, a kobiety odsuwano na boczny tor choć robiły dokładnie to samo. Trudno… tak było dawniej, a one pewne nie miały świadomości, że są pionierkami również w dziedzinie feminizmu. Teraz nie ma już na szczęście takich podziałów, a bohaterki w książce Wolf’a Kielich’a opisane są przecież tak pasjonująco nie dlatego, że autor tak to sobie wymyślił tylko dlatego, że one same miały tak porywające przygody, i niesamowite życiorysy.

            Świetna książka która ułatwia nam zapoznanie się z życiorysami pań w pigułce gdyż książki przez nie pisane są już dla nas obecnie niezrozumiałe.

 

sobota, 06 lipca 2013

             Anna Kanthak znana czytelnikom jako Hanna Cygler to pisarka, która do tej pory nic dla mnie nie znaczyła na rynku literackim z prostej przyczyny, nigdy wcześniej nie słyszałam ani o nazwisku ani o książkach przez nią napisanych. Okazuje się jednak, że kilka ich było jednak  to taka literatura, która zupełnie mnie interesuje więc wiele nie straciłam. Jakich czas temu, a dokładnie w połowie lutego pojawiła się na rynku najnowsza książka Pani Cygler zatytułowana „W cudzym domu”. Sięgnęłam po nią tylko dlatego, że na podstawie ładnej okładki można było stwierdzić, że akcja rozegra się w XIX wieku co mnie akurat przyciąga jak magnes.

            Cała akcja powieści rozgrywa się w latach osiemdziesiątych XIX wieku, i kręci wokół trzech głównych postaci. Luiza Sokołowska to mająca polskie korzenie urodzona w Paryżu dziewczyna, która nie chcąc wyjść za mąż „dla pieniędzy” postanawia sprzeciwić się podstępnej matce, uciec z domu, i odszukać swojego ojca z którym nigdy nie miała kontaktu. W tym celu jedzie do Warszawy jednak przepełnia ją strach, i wielka niewiadoma gdyż nie ma pewności czy ojciec w ogóle żyje. W Warszawie natknie się na poznanego w Berlinie niemieckiego arystokratę Joachim’a Hallmann’a (von Eistetten) który z rodzinnego domu wybywa z podobnych powodów co Luiza. Tych dwoje jak nietrudno się domyślić połączy uczucie, jednak wszelkie intrygi, i knowania sprawią, ze Joachim zostanie osądzony w Cytadeli, a następnie zesłany na syberyjską katorgę. Pomoże mu w tym carski wysłannik, radca Dmitrij Szyszkin, który nienawidzi Polaków i wszystkiego co polskie.

           Jak można szybko zauważyć okres w dziejach Polski który opisuje Cygler to czas trzeciego rozbioru Polski bohaterowie pochodzą z krajów które bezpośrednio okupowały nasz kraj w tamtym czasie, to idealny temat by z tej powieści zrobić fajne historyczne czytadło jednak z przykrością stwierdzam, że mimo zakwalifikowania jej do tego gatunku nie jest to powieść historyczna. Dla mnie po prostu za mało w niej faktów.

           Takim dość ciekawym rozwiązaniem jest pozostawienie czytelnika w obecnym czasie tzn. gdy czyta się książkę ma się wrażenie, że ten XIX wiek znajduje się w modzie, sprzętach i całej otoczce ówczesnego życia, jednak poszczególne osoby są nam całkowicie współczesne. W sumie pierwszy raz spotykam się  z czymś takim, że autor umiejscawiając powieść w czasach odległych nie chce by czytelnik przeniósł się tam razem z bohaterami. Sama jeszcze do końca nie wiem czy takie rozwiązanie mi się podoba. Jednak na pewno jest ciekawie przemyślane przez autorkę.

            W książce co kilka kartek przeskakujemy albo kilka lat do przodu lub do tyłu, co chwilę poznajemy jakiś nowych bohaterów, raz jedziemy z Paryża przez Berlin do Warszawy by za chwil kilka znosić Syberyjskie mrozy poza tym od ciągłego kalejdoskopu zdarzeń może nam się nieraz pomieszać w głowie. Jednak muszę przyznać, ze autorka całkiem fajnie to wszystko połączyła, i czyta się to wszystko naprawdę ciekawie. Jednak jest jedno „ale” końcówka….. coś mi się wydaje , że Pani Cygler albo wyczerpały się wszystkie pomysły albo na siłę chciała jakoś spektakularnie zakończyć swoje dzieło. Skoro przez całą książkę tak wszystko gmatwała i mieszała to przecież zakończyć to wszystko musiała już tylko z siłą wybuchu bomby. No i wyszło beznadziejnie… o ile książce jako tako jestem przychylna to końcówka naprawdę zepsuła mi całą frajdę. No ale nic przeczytajcie sami i wyciągnijcie wnioski, książka taka typowo kobieca i wakacyjna więc pewnie znajdzie swoje zwolenniczki.

piątek, 28 czerwca 2013

           Ta książka to blog, a właściwie blog, który stał się książką. Pierwszy wpis datowany jest na 10 kwietnia 2010 roku, wtedy to w natłoku codziennych spraw poszła do lekarza z powodu nie mijającego bólu brzucha. To miało być szybkie rutynowe badanie, które w konsekwencji po zażyciu odpowiednich leków miało szybko przejść. Diagnoza była miażdżąca – rak macicy, Joanna w wieku 34 lat dowiedziała się, że umiera.

            Wtedy właśnie postanowiła stworzyć coś co pomorze jej ” zatrzymać codzienność”, takim po części pamiętnikiem w którym chciała podzielić się miłością do ukochanego synka, i cudownego mężczyzny, którego poznała 4 miesiące wcześniej, a który stał się codzienną opoką, siłą, i wiarą w lepsze jutro, a w końcu cudownym mężem którego do końca swych dni nazywała – Niemężem.

           Czytając nie można powstrzymać łez, i to nie z powodu wielkiego cierpienia Joanny (choć było bezbrzeżne) bo ona sama o nim pisze w sposób niewiarygodnie, porażająco wręcz pozytywny, a i nierzadko zabawny, że płakałam właściwie nad sobą, że ja w porównaniu z nią niemająca problemów nie potrafię być tak radosna jak ona, tak szczęśliwa, i tak pełna życia. Wzruszała mnie swoim stylem pisania całkowicie, i tylko czasem w momentach wielkiego smutku pisała dosłownie kilka słów, że jej smutno, że źle, że boli by za kilka chwil napisać coś tak optymistycznego, że siedziałam wpatrzona w ścianę, i zastanawiałam się jak tak można, jak można być tak optymistycznym, i pogodzonym ze światem, do nikogo/niczego nie mającym pretensji. Dla mnie to największy kunszt przyjmować to co niesie los z podniesionym czołem, i bez protestów - Joanna zbliżyła się do absolutu.

            Inną sprawą jest opisywanie dni codziennych ze swoim synkiem. Dała świadectwo swojej wielkiej, i co najważniejsze mądrej miłości, która jednocześnie była tak zwyczajna, że przez zdrowych niedoceniana. To jakie wartości chciała mu wpoić, jak czekała na każde następne rozpoczęcie roku szkolnego, każde wyjście gdzieś razem, każda rozmowa kończąca się wielkim przytulaniem,  każde mądre słowo synka było przez nią celebrowane jak nic innego na świecie…… i najważniejsze. To jak przygotowywała synka przez te 2,5 roku choroby na swoje odejście było dla mnie najbardziej wzruszającymi momentami książki, nierzadko odkładałam ją wtedy na jakiś czas bo emocje nie dawały się uspokoić.

            Ja również mam 36 lat kiedy pomyślę, że w tym wieku trzeba godzić się na śmierć, przygotowywać na odejście, zegnać z rodziną, przyjaciółmi narasta we mnie gniew, brak zgody na coś takiego, to przecież cudowna młodość, która tyle jeszcze ma do zaoferowania, nie da się z tym pogodzić. Nie mam pojęcia jak Joanna mogła czerpać jeszcze z życia piękne okruchy kiedy każdy dzień zbliżał ją do końca wędrówki. Była niesamowita.

            Wczorajszego popołudnia kiedy skończyłam czytać siedziałam jeszcze w miejscu przez dobre kilkanaście minut nie potrafiąc przyjąć do siebie tego co przeczytałam. Co więcej od wczorajszego popołudnia do chwili obecnej moje myśli krążą wokół tematu, i deprymują, wzbudzają gniew, niezgodę na fakt, że Joanny już nie ma, a przecież pod imieniem Joanna kryją się inni bezimienni bohaterowie dnia codziennego, którzy w przytłaczającej ilości chorują na tę przerażającą chorobę. 

            Za jakiś czas zostanie wydana książka pt.: „Nieżona” napisana przez Piotra Sałygę męża Joanny, który tak cudownie opiekował się nią do samego końca. Opisze w niej niezwykłe spotkanie z Chustką oraz swoją własną życiową przemianę.

            Jedynym mankamentem książki jednak okropnie doskwierającym jest brak numeracji stron. Nie będziesz wiedział drogi czytelniku czy przeczytałeś 40 stron, czy 70 możesz to stwierdzić jedynie „na oko” lub po prostu by uniknąć problemu przeczytać całość w jeden wieczór.

sobota, 22 czerwca 2013

            Napiszę dzisiaj słów kilka na temat powieści o której na pewno słyszeliście „Nieznośnej lekkości bytu” czeskiego pisarza Milana Kundery. Lata temu wpadła mi w ręce jednak po kilku zdaniach okazała się dla mnie za trudna, i wylądowała na półce do przeczytania kiedyśtam. Wtedy moja naiwna młodość nie miała ochoty czytać o komplikacjach w miłości, a tym samym pozbywaniu się złudzeń. Do uświadomienia sobie, że miłość to nie zawsze bujanie w obłokach potrzeba czasu. Dobrze się stało, że wtedy ją odłożyłam teraz zdecydowanie więcej jestem z niej w stanie wynieść.

            Centralnym punktem tej powieści jest miłość Tomasza i Teresy ukazana na tle Praskiej Wiosny roku 1968. Jej następstwa nadają ich miłości szczególny wymiar zmuszając do często niełatwych egzystencjalnych wyborów. Autor umieszcza akcję powieści w Pradze, na wsi czeskiej i w różnych miastach Europy, co pozwala mu widzieć świat i wydarzenia, tak ważne w dziejach jego kraju, z różnych perspektyw. Tomasz i Teresa są dziwną parą - mimo iż są razem, mieszkają i śpią obok siebie, ciągle się szukają. Nie mogą się odnaleźć, błądząc po omacku uliczkami Pragi, wyłożonymi śliskimi "kocimi łbami", oraz po ciasnych i wilgotnych zaułkach Paryża. Teresa gubi Tomasza wśród zapachu innych kobiet - "przyjaciółek erotycznych". Jedną z nich jest Sabina - artystka. Ona również nie jest wolna od dylematów moralnych:

"Dramat życiowy zawsze można wyrazić przez porównanie do ciężaru. Mówimy, że na człowieka spadło jakieś brzemię. Człowiek uniesie to brzemię albo nie uniesie, upada pod nim, walczy z nim, przegrywa albo zwycięża. Ale co właściwie stało się Sabinie? Nic. (...) Jej dramat nie był dramatem ciężaru, ale lekkości. To, co spadło na Sabinę, to nie był ciężar, ale nieznośna lekkość bytu."

            Dla Tomasza wszystko wydaje się prostsze, miłość nie jest "spaniem z kimś", fizycznym zbliżeniem, lecz snem obok tej jedynej.

"...kochać się z kobietą i spać z nią to dwie namiętności nie tylko różne, co prawie przeciwstawne. Miłość nie wyraża się w pragnieniu spółkowania (to pragnienie dotyczy przecież niezliczonej ilości kobiet), ale w pragnieniu wspólnego snu (to pragnienie dotyczy tylko jednej kobiety)"

            Dla Teresy zdrada to zdrada, ręce dotykające innej kobiety, spocony oddech opływający nie jej twarz. Kundera idealnie prześwietla kobiecą psychikę. Z niezwykłą zręcznością opisuje różnice w myśleniu i odczuwaniu świata między kobietą a mężczyzną.

            Kundera próbuje odpowiedzieć na zadawane od wieków pytania dotyczące życiowych wyborów. To pełna czułości, namiętności i tęsknoty. Piękna i bardzo smutna historia miłości dwojga ludzi, którzy nie mogą obejść się bez siebie, ale tylko poprzez wspólne cierpienie. Wartościowa książka dla ludzi, którzy po drodze utracili wiarę w wartości i ich życie jest nieznośnie łatwe, ale i nieznośnie puste.

            W 1988 roku powstał film na podstawie powieści w którym główne role zagrali Daniel Day-Lewis, Juliette Binoche, Lena Olin jednak film mimo, że dobry nie jest już tak rewelacyjny jak książka, nie przekazuje tych filozoficznych mądrości, które Kundera opisał tak, że zapisywałam numer strony by potem po głębszym zastanowieniu jeszcze raz przeczytać.

środa, 19 czerwca 2013

          Muszę przyznać, że książki Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk czytam dość chętnie. Nie jest to zbyt wybitna literatura, która zapadałaby w pamięć na lata, jednak pośród wszelkich ”Grochol” daje radę. Przeczytawszy wcześniej „Mariola, moje krople...” oraz „Cukiernię pod Amorem” zabrałam się za czytanie najnowszej powieści autorki pt.: „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” która po części opisuje dalsze losy bohaterów znanej jak kraj długi i szeroki „Cukierni pod Amorem”.

            Tym razem autorka łączy za sobą dwa wątki główne przeplatające się co kilka stron. Pierwszym jest wątek współczesny gdzie główną postacią jest Nina Hirsch, drugi dziejący się w pięknej scenerii belle epoque to wątek paryski moim zdaniem o wiele ciekawszy, i na szczęście dominujący w książce.

 

Gutowska-Adamczyk w Paryżu

             Paryż zaczynamy poznawać dzięki Róży Wolskiej, która jako mała dziewczynka w 1867 roku przyjeżdża tu wraz z matką. Nie jest to jednak podróż dla przyjemności, Róża od jakiego czasu nie mówi, a pewien francuski lekarz ma ją z tego wyleczyć. Początkowo zamieszkują u bogatego wuja, gdzie niczego im nie zabraknie jednak po pewnym czasie wuj umiera, a one od tej pory będą borykały się z biedą, i głodem. Z biegiem lat Róża dorasta,  okazuje się, że ma wielki talent malarski poza tym jej uroda, upór, oraz wolna wola wyzbyta z konwenansów stwarza jej opinię skandalistki co przyciąga mężczyzn. Jednak dla niej już na zawsze będzie liczył się tylko pewien książę.

 

            Jednocześnie w 2011 roku do hotelu mieszczącego się w pięknym, odnowionym pałacu w Gutowie przyjeżdża Nina Hirsch, która z zawodu jest historykiem sztuki. Właścicielka hotelu oraz cukierni „Pod Amorem” Iga Toroszyn pokazuje jej wielki portret wiszący w holu pałacu istnieje prawdopodobieństwo, że został namalowany przez światowej sławy malarkę Rose de Vallenord. Nina zaintrygowana chce odkryć tajemnicę obrazu, i przekonać się kto naprawdę był jego autorem. By się tego dowiedzieć tak jak 150 lat wcześniej Róża, wyjeżdża do Paryża.

            Książkę czyta się lekko i przyjemnie jednakże wątek Róży jest o wiele lepiej napisany, natomiast wątek teraźniejszy dla mnie mogłoby w ogóle nie istnieć. Tym bardziej, że czytając można złapać się za głowę bo dialogi są tak tandetne, że przywoływały mi na myśl te z trylogii o Grey’u. Mimo wszystko książka ciekawa, lekka, i przyjemna na pewno kupię część drugą, która ukaże się w październiku tego roku pod tytułem „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord”.

 

czwartek, 13 czerwca 2013

 

       Był już „Zakochany Szekspir”, „Zakochany Molier” czas na „Zakochanego Goethe’go”. Natrafiłam dzisiaj na naprawdę wyśmienity film, może nie najświeższy bo świat zobaczył go już w 2010 roku jednak u nas jest do obejrzenia dopiero od 2012 roku. To wielka gratka dla miłośników literatury. Poznajemy historię z życia Johan’a Goethe’go opisaną przez niego w „Cierpieniach młodego Wertera”. Mimo tego, że biografia pisarza była o wiele bardziej wielowątkowa, skomplikowana, i mroczna to film który jest dość błahy jednak tak urokliwy, i miły dla oka, że ogląda się go naprawdę świetnie.

         "I wszystko w nas było do wtóru, I każdem tchnieniem byłem Twój. (...) Co za szczęście być kochanym! I kochać, Boże, co za raj!".

            Jest rok 1772, młody Goethe (Alexander Fehling) nie zdaje egzaminu doktorskiego na wydziale prawa. Ojciec, który się upiera, by syn został adwokatem, wysyła go na staż do zaprzyjaźnionej kancelarii w Wetzlar. Tam Johann zakochuje się w Lotcie Buff (Miriam Stein), prostej śpiewaczce z pobliskiej miejscowości. Jak się okazuje, Lottą interesuje się majętny radca dworu, a zarazem pryncypał Goethego - Albert Kestner (Moritz Bleibtreu). Uczucie młodzieńca jest z góry skazane na klęskę, bo dziewczyna, choć kocha poetę, z rozsądku wychodzi za Kestnera.

            Oczywiście cierpienie Goethe’go, i jego ból egzystencjalny jaki znamy trochę się różnią od obrazu pokazanego w filmie jednak nie ulega wątpliwości, że film jest świetny. Polecam!

poniedziałek, 10 czerwca 2013

          

             Właśnie skończyłam czytać najbardziej kontrowersyjną książkę ostatnich lat, jak twierdzą niektórzy. Podobno zmienia życie, światopoglądy, sprawia, że ludzie stają się lepsi. Mnie nie zmieniła, w dodatku przyprawiła o śmiech no dobra może nie histeryczny ale pełen pobłażliwości. Ale o co chodzi?? Już mówię.

            „Dowód” to książka napisana przez jednego z najznamienitszych amerykańskich neurochirurgów Eben’a Alexandr’a jednak autor nie opisuje w niej naukowych nowinek, a własne przeżycia z pogranicza śmierci.

            Zaatakowany przez niebezpieczną bakterię przez 7 dni przebywa w stanie śpiączki, jego mózg jest całkowicie wyłączony. Wszelkie funkcje życiowe podtrzymywane są sztucznie przez specjalistyczne maszyny. Jednym słowem Eben nie żyje, jednak tylko cieleśnie, podczas gdy wszyscy lekarze z którymi niedawno pracował walczą o jego życie on mówiąc poetycko odkrywa niebo, dotyka absolutu, a całkiem poważnie to doświadcza życia po śmierci. W ziemskim świecie z każdym dniem jego szanse na choćby powrót świadomości maleją.  Dla rodziny jest to olbrzymi cios po 7 dniach jego szanse równają się zeru, lekarze radzą rodzinie odłączenie chorego od aparatury, i wtedy Eben się budzi nie dość, że nie ponosząc żadnych konsekwencji związanych ze śpiączką, to jeszcze z niewiarygodnym przesłaniem.

            Nie chcę oceniać wiarygodności książki bo dla mnie pewien rodzaj cudu tam jest, w końcu facet nie powinien żyć, a budzi się, i po kilku tygodniach jest nie dość, że całkowicie sprawny fizycznie to wraca do niego cała lekarska wiedza, która pozwala mu na powrót do pracy łącznie z przeprowadzaniem skomplikowanych operacji na ludzkim mózgu. To jest w jakimś sensie cud, jednak dla mnie bynajmniej nie duchowy, naukowy również nie, to niesamowite możliwości mózgu o których nie mamy nawet jeszcze pojęcia sprawiły, że przeżył śmiertelną infekcję oraz widział rzeczy które odbierał jako potwierdzenie życia po śmierci.

            Z każda przeczytaną stroną miałam wrażenie, że ktoś mnie „nabija w butelkę”. Mój zdroworozsądkowy charakter negujący istnienie wszelkiego boskiego aspektu szalał ze śmiechu. Ja rozumiem, ze ludzie chcą by po tym ziemskim dramacie spotkało ich jakieś fajne, pełne miłości, zrozumienia, i przepełnione bliskimi  bytowanie w innym wymiarze. Że te nasze ułomne ciała nie są tylko czymś co w bliżej nieokreślonej przyszłości zjedzą robale, a nasza modna fit-młodość przestanie istnieć. Chcemy mieć już gdzieś ciało ale czuć się dobrze, i pozostać już tak na zawsze. Rozumiem, ze ludzie tego pragną, sama jakby mnie ktoś zapytał czy w chwilę po śmierci nie chciałabym się obudzić na jakiejś chmurce to poszłabym w to jak w dym. Jednak obawiam się, że rzeczywistość jest bardziej okrutna, a za wszelkimi wizjami czy cudownym ozdrowieniem Eben’a Alexandr’a stoi nic innego tylko jego genialny komputer - mózg.

Jeśli ktoś chce poznać książkę w telegraficznym skrócie może to zrobić poniżej. 

niedziela, 02 czerwca 2013

           Z prozą Eustachego Rylskiego mam do czynienia po raz pierwszy choć w planach był już w 2006 roku kiedy to został nominowany do nagrody Nike za książkę „Wstręt” jednak tak się stało, że nie od niej zaczęłam zaznajamiać się z twórczością pisarza. Kilka dni temu zobaczyłam w dziale nowości jeszcze ciepłą powieść Rylskiego „Obok Julii” przypomniałam sobie o tej kiedyś nie przeczytanej powieści, oraz wszystkich niezmiennie dobrych słowach, które na przestrzeni lat słyszałam o jego twórczości. Musiałam ją kupić.

           Głównym bohaterem jest Jan Ruczaj, którego poznajemy dzięki swoim wspomnieniom. Upalnego lata 1963 roku Janek ma 20 lat, kumpli z którymi tworzy drużynę zafascynowaną twórczością Hemingway’a, i prócz urody nie wyróżnia się niczym szczególnym. Pracuje w bazie samochodowej w miasteczku S. w poł-zach części kraju gdzie robi dokładnie to co większość robotników w tamtym czasie – prawie nic. Nagle jego spokojne życie burzy wiadomość o przyjeździe do miasta dawnej nauczycielki języka rosyjskiego, pięknej Julii Neider. 

            Eustachy Rylski jest niezwykłym pisarzem kiedy sięgałam po tę książkę nie miałam pojęcia, że będzie napisana tak piękną polszczyzną zahaczającą prawie o poezję. Trzeba jednak otwarcie przyznać, że nie jest to książka łatwa, i prosta. Czytając nie płynie się  po zdaniach tylko czyta słowo po słowie, nierzadko by uchwycić całe sedno po dwa razy. Na początku może nas to lekko zmęczyć jednak z każdym kolejnym zdaniem zacznie zachwycać do tego stopnia, że oderwać się będzie nie sposób. Mądrość, i dojrzałość autora aż bije ze zdań, jeśli ktoś jest kolekcjonerem pięknych, mądrych czy życiowych cytatów będzie miał pole do popisu.

            Nie przypominam sobie pisarza który by tak obrazowo oddawał ulotność chwili. Pozornie nic się nie dzieje, żar leje się z nieba na zakładowy plac, na którym stoją stare Tatry rozsiewające zapach oleju, jednak bezruch tego opisu jest tylko pozorny. To niezwykłe doświadczenie patrzeć oczami autora na ten codzienny świat, który dzięki niemu nabiera magii. Nie mogłam się oderwać od czytania, w tym gorącym niespiesznym sennym klimacie mogłam siedzieć cały dzień. Czułam się jakbym obserwowała wszystko spod półprzymkniętych powiek, leżąc na kocu gdy ciepły wiatr owiewa ciało.

            Mogłoby się wydawać, że to książka w dużej mierze autobiograficzna autor podobnie jak Jan Ruczaj tyle, że w wieku 17 lat pracował w bazie samochodowej w Sobieszowie koło Jeleniej Góry, w młodości również zafascynowany był Hemingway’em, czy w końcu pracował w firmie budowlanej jednak mimo tym podobieństwom Rylski zaprzecza by Jan Ruczaj był nim.

piątek, 31 maja 2013

           Nadchodzą wakacje co dla mnie oznacza wzmożony czas zainteresowania literaturą podróżniczą. Tym razem państwem o którym chciałam dowiedzie cię czegoś więcej z powodu ewentualnego odwiedzenia była Gruzja. O tym, że to kraj piękny krajoznawczo ale również mentalnie, że ludzie są ciepli, rodzinni, przyjacielscy, i baaaaardzo gościnni słyszałam już jako dziecko od swojej babci, która za czasów Związku Radzieckiego odwiedziła tą byłą republikę. Zawsze kiedy oglądałam niewyraźne czarno – białe zdjęcia z gór Kaukazu obiecywałam sobie, że kiedyś odwiedzę ten kraj.

            „Gaumardżos” to książka Anny i Marcina Mellerów, chyba wszyscy znają to TVN-owskie małżeństwo ona poleca książki warte przeczytania w „Dzień Dobry TVN” on natomiast jest prowadzącym program. Oboje wydają się fajnymi ludźmi. Ania z prawdziwą  pasją mówi o książkach, Marcina artykuły pamiętam jeszcze z „Polityki”. Oboje jak sami piszą są „zaczadzeni” Gruzją, i widać to w każdej wypowiedzi jaka pada z ich ust na temat tego kraju. Więc wybór ich książki na zapoznanie się z Gruzją wydawał się oczywisty.

            Jest to piękny zakątek świata, gdzie króluje wino, biesiadne uczty przy stole trwające całe godziny, i śpiew który jest tak naturalny jak oddech. Nie da się ukryć, że to cudowny kraj, z wielkimi tradycjami, i tragiczną historią tak bardzo podobną do naszej. No i my Polacy jesteśmy tam bardzo lubiani, i zawsze miło przyjmowani co dla nas samych jest, niemałym zaskoczeniem nie często się przecież zdarza by inne narody tak dobre miały o nas zdanie.

            Jakże byłam zdziwiona gdy okazało się, że książka wcale nie jest zachwycająca, w zasadzie nawet nie wiem jak ją opisać bo były momenty gdzie już odkładałam ją na półkę, i takie które wciągały i dawały nadzieję na dotrwanie do końca. Mniej więcej co 50 stron byłam albo całkowicie pochłonięta jakąś historią albo nią zupełnie znudzona nie czytałam jeszcze takiej książki, która byłaby tak zmienna. Na dodatek kiedy kupowałam książkę mijały dwa lata od jej wydania co już jest dużo ale nie miałam pojęcia, że autorzy zaserwują mi historie powstałe w latach 90-tych XX wieku. Okazało się, że wszystkie historie były już wcześniej publikowane, a teraz są tylko zebrane i wydane w formie książki. To odepchnęło mnie całkiem, i gdyby nie moja silna determinacja w daniu jej szansy oraz naprawdę świetny ostatni artykuł napisany przez Marcina Mellera, pewnie poddałabym się , i odłożyła na półkę.

            Ksiązka reklamowana była również tym, że opisuje wesele autorów które odbyło się w Tbilisi. Więc czekałam na jakiś opis tego wesela, ciekawa byłam opinii bawiącej się na nim pokaźnej grupy zaproszonych Polaków. Chciałam posłuchać co inni rodacy stykając się z tą cudowną kulturą mają do powiedzenia na temat serwowanych potraw, wina, atmosfery biesiady, czy coś ich zaskoczyło, może coś się nie podobało. A dostałam dość sporą porcję imprez na których wino nieprzerwanie leje się strumieniami, a którego odmówić nie sposób bo odmowa to wielka obraza. Trochę mnie osobę niepijącą te praktyki przeraziły i jakoś minimalnie ale zawsze, zmniejszyły chęć wyjazdu w tamte strony.

środa, 29 maja 2013

            38-letni Dennis to mieszkający z matką były mistrz kulturystyki (w tej roli były mistrz kulturystyki Kim Kold). Mierzący 193 cm, i ważący niemal 140 kgmężczyzna nie dość że jest nieśmiały w kontaktach z ludźmi to jeszcze do tego absolutnie posłuszny, i podporządkowany swojej apodyktycznej matce. Szczuplutka i maleńka, gdy stanie obok syna, Ingrid za pomocą manipulacji decyduje o życiu Dennisa przynajmniej tak jej się wydaje, gdyż już od pierwszych scen widać, iż aby nie urazić uczuć starszej pani olbrzymi kulturysta często kłamie. Za namową brata Ingrid, który w Tajlandii znalazł sobie żonę, również i Dennis postanawia wyjechać po kobietę. Oczywiście matce mówi, że jedzie na zawody do Niemiec. Wrażliwy mężczyzna nie szuka jednak Tajki na jedną noc, a prawdziwej miłości, którą jak na ironię odnajduje ...w siłowni.


           Mads Matthiesen to reżyser, któremu nie straszne i nie obce są problemy społeczne, szczególnie te trudne i kontrowersyjne tak jak w "Cathrine". W "Misiaczku" reżyser przełamuje stereotypy dotyczące kulturystycznego światka, pokazując że nie są to bezmózgie i agresywne istoty, a ludzie, którzy muszą niekiedy, tak jak wszyscy inni, zmagać się z własnymi słabościami, potrafią kochać, mają marzenia, bywają samotni, boją się innych.    Kamera niemal w atmosferze ciszy towarzyszy głównemu bohaterowi zarówno w domu, jak i na nieudanej randce czy w dalekiej egzotycznej podróży. Rejestruje ona zdziwione lub przestraszone spojrzenia Dennisa, gdy ten odkrywa, że świat do którego wysłał go wuj to nie agencja matrymonialna, a zwykły burdel, z którego słynie ta część Azji. Pokazuje też radość i ulgę, gdy masywny kulturysta odnajduje siłownię i dowiaduje się, że bez problemu może w niej poćwiczyć, a nawet, że to właśnie tam znajduje nowych znajomych i uznanie jako były mistrz.


            Z drugiej strony w atmosferze napięcia, które daje się wyczuć wręcz namacalnie, widz poznaje Ingrid- starszą panią, która osamotniona i zdradzona przez męża uczyniła z syna swojego jedynego mężczyznę (w sensie psychicznym) i nie pozwala mu odejść, a jego wyjazd traktuje jako ucieczkę od niej. W ten sposób 38-latek mieszka w maleńkim pokoiku, w którym zapewne spędził także swoją młodość. Codziennie rano przygotowuje śniadanie, na które matka schodzi elegancko ubrana. Wszystko to wskazuje na rodzaj niezdrowej fiksacji, i prowadzi do coraz większego uzależnienia obojga od takiej sytuacji. Ten wątek jest bardzo ważny w czasach, gdy młodzi ludzie coraz później wyprowadzają się od rodziców, bez względu na swój status materialny. Akurat przypadek Dennisa został tu tak przeprowadzony, że ma on możliwość i motywację, by opuścić dom rodzinny i zaborczą mamusię.

            Film polecam nie tylko koneserom kina skandynawskiego, ale także wszystkim tym wrażliwym, którym nieobojętne są tematy społeczne, i obyczajowe w kinie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
PRZECZYTANE W 2014
PRZECZYTANE w 2013
PRZECZYTANE W 2012
FILMY
BLOGI KSIĄŻKOWE DO KTÓRYCH ZAGLĄDAM
Tagi