niedziela, 12 maja 2013

            Czy można cierpieć mając w życiu wszystko co do szczęścia potrzebne? Czy można cierpieć bez powodu? Można. Maja Murzynowska bohaterka książki „Drobne szaleństwa” Kai Malanowskiej to 35 letnia warszawianka, żona, matka dorastającej córki, osoba wykształcona, zamożna, posiadająca kochających rodziców, i oddanych przyjaciół więc w zasadzie wszystko co jest potrzebne by żyć szczęśliwie. Jednak Maja ciężko choruje nie jest to choroba ciała, a duszy. Osobom postronnym ciężko to zrozumieć bo zewnętrznie Maja jest zdrowa, może chodzić do pracy, teoretycznie nic ją nie ogranicza, czasem tylko świat zawiruje, serce szybciej zabije, pot oblepi ciało, no i jeszcze te łzy, i smutek przeraźliwy to jedno co jest w nadmiarze. Więc dlaczego dzieje się tak, że wszystko sama zaczyna niszczyć, że świadomie ten poukładany, bezpieczny świat wokół zamienia w zgliszcza? Odpowiedzią jest depresja jedna z najczęściej występujących chorób świata, na którą przynajmniej raz w życiu zachoruje co 6 osoba.

            „Drobne szaleństwa” to książka pisana przez autorkę kiedy ta również zmagała się z depresją mamy wiec do czynienia z autobiografią, napisaną tak, że jest to przede wszystkim świetna powieść obyczajowa, ukazująca kobietę udręczoną walką samej z sobą ale również pełniącą role społeczne jest przecież matką, żoną, pracownicą z których musi się wywiązywać.

            Muszę przyznać, że cierpiałam razem z Mają kiedy widziałam jak niezmordowanie walczy, i trzymałam kciuki by te ciągłe wahania nastroju w końcu przeszły. Jednego dnia wszystko wydawało się być ok., przysięgała przed sobą, że tym razem się uda, i ten optymizm zatrzyma na dłużej choćby go miała do siebie gwoździami przybijać, a dnia następnego z obezwładniającego smutku, bólu duszy, i strachu nie mogła podnieść się z łóżka.

            Jak trudna musi być to walka kiedy teoretycznie nic nam nie jest a jednocześnie odczuwamy niezidentyfikowany strach przed wejściem do autobusu, metra, windy, najprostsze czynności dnia codziennego urastają do rangi przedsięwzięcia ponad siły. Niby wiesz, że wszystko zależy od ciebie od twojego sposobu myślenia, nastawienia, ale kiedy idziesz już ulicą i czujesz, że coś dusi łapiąc za gardło, i wstrzymuje oddech, a nogi chcą biec przed siebie w panicznym strachu zaczynasz prowadzić z sobą histeryczny monolog, zapewniający, że to tylko ty sam, to twój mózg, że wszystko wokół jest dobrze, i nie ma powodu do jakichkolwiek nerwów.. Ale kiedy tak się zapewniasz wewnątrz jednocześnie wiesz, że przegrasz, umrzesz tu na tym chodniku, na tej ławce na środku ulicy, i co to ludzie powiedzą. Masz ciągły żal do siebie, że sam nie możesz sobie pomóc. Nie zrozumie tego nikt zdrowy.

 

            Po przeczytaniu uświadomiłam sobie, że między zdrowiem a chorobą psychiczną istnieje bardzo cienka granica, że depresja nie jest wynikiem tylko traumatycznych przeżyć, że zwykłe codzienne niepowodzenia też mogą doprowadzić nas na skraj rozpaczy z której na szczęście można powrócić będzie to jednak droga przez mękę. Świetna lektura, która ma to do siebie, że każda czytająca kobieta odbierze ją jako opis jej samej. Czekam na więcej.

niedziela, 05 maja 2013

            „Wojnę szatan spłodził” to dziennik Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, który pisała na przestrzeni 1939-1945 r. Jest to dziennik absolutnie wyjątkowy opisujący połączone ze sobą dwa koszmary ten wojenny, i ten związany z przegarną finalnie walką z rakiem. Dziennik nigdy nie był publikowany w całości, jedynie strzępki zapisków zobaczyły światło dzienne. Na szczęście dziennikarz pan Rafał Podraza cioteczny wnuk Magdaleny Samozwaniec (siostry Marii), a także badacz, i znawca rodziny Kossaków zebrał je w całość, i doprowadził do wydania. Niewątpliwie wielką startą byłoby zaprzepaszczenie tej szansy bo mimo, że jest to literatura trudna, przejmująco smutna, wręcz porażająca to również poetycko piękna, i ukazująca życie, które jak opisała inna poetka „tylko chwilami bywa znośne”.

            Pierwsze co rzuca się w oczy kiedy weźmiemy książkę do ręki to jej przepiękne wydanie. Jest to właściwie album z całą masą zdjęć poetki, i jej bliskich. Kilka stron otwierających, i zamykających książkę jest w kolorze czarnym co robi spore wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę czas, i zdarzenia jakie dziennik opisuje. W końcowej części książki zamieszczone są też wiersze poetki z których wyczytać można w jak fatalnym stanie była ból, strach, tęsknota, rozdarcie te słowa jakże sugestywnie opisują Marię tamtego okresu.

            Gdy wybuchła wojna poetka nawet nie myślała o emigracji jednak stało się inaczej za sprawą premiery jej sztuki teatralnej „Baba-Dziwo”, której niebywała wprost data premiery wypadała na 2 września 1939 r. w dodatku sztuka przedstawiała w karykaturalny sposób Adolfa Hitlera. Premiera odbyła się Jednak Maria stała się wrogiem III Rzeszy, na szczęście ostrzeżona w porę w kilka godzin spakowała się, i uciekła z mężem oficerem lotnictwa przez Zaleszczyki, Rumunię, Francję do Anglii.

            Maria nie od razu choruje, jeszcze w 1940 r. nic nie podejrzewa, dziwi się tylko, że tak chudnie, że „policzków już nie ma, ręce stare, paznokcie połamane”. Winy szuka w nerwach, które są przecież nieodłącznym atrybutem wojny.

            Uderzyło mnie jak wielką estetką była, mimo ciągłego przemieszczania się, zagrożenia, niepewności, brudu ciągle myśli o eleganckich strojach, zależy jej by ładnie wyglądać, nawet w kulminacyjnym momencie jej choroby kiedy idzie na operację czyli jak to mówi „do teatru” dba by wyglądać szykownie wie, że to podnosi morale kobiety, nie jest to próżność to jej wrodzone poczucie estetyki.

            Ostatni rok wojny to jednocześnie dla Marii ostatni rok życia, jest to najbardziej przejmująca część  książki, powolne umieranie choć bez zgody na nie, rozpaczliwa codzienna nadzieja, że już od teraz będzie lepiej, że skoro dzisiaj jest nienajgorzej to już teraz zacznie się poprawiać. I tutaj pierwszy raz możemy zobaczyć Marię nie poetkę ale zwykłego człowieka, który jest przerażony wizją przyszłości bo tym razem ta przyszłość jest bardzo bliska wręcz na wyciągnięcie ręki, i jest nią śmierć. Przecież nie ważne w jakiej epoce się żyje podstawowe reakcje człowieka są niezmienne, i Maria właśnie tak reaguje jest przerażona, znerwicowana, chce uciec gdzieś w nieznane przed sobą samą, i swoim losem, panicznie boi się czekających operacji jednak chce żyć, i w końcu racjonalizm wygrywa poddaje się operacjom jednak nie przynoszą one poprawy:

 "Jestem jak położony łan, zbity gradem, połamany...”

 

            Do końca wierzyła, że uda jej się wyzdrowieć, jeszcze dwa tygodnie przed śmiercią leżąc samotnie na wpół sparaliżowana, i w męczarniach wierzyła, że da radę, i tylko niepewnie pytała samą siebie:

 

„Może ja dogorywam nie wiedząc o tym...”

            Dziennik napisany jest prosto, dosadnie, bez zbędnych ozdobników co w całości tworzy porażający obraz cierpienia. Dla mnie arcyciekawe było poznanie poetki z zupełnie innej strony już nie jako efemeryczną autorkę erotyków oraz kompletnie nie przygotowaną do życia damę z wielkiego rodu Kossaków. Tutaj Maria jest biedna, nierzadko brudna, przerażona, tęskniąca, mówiąca prosto w twarz to co niekoniecznie chciano usłyszeć. Nieprawdopodobne jest to, że po blisko 70 latach od jej śmierci dzięki tej książce możemy poznać ją od nowa. Niewątpliwie wiele byśmy stracili gdyby ten dziennik nie ujrzał światła dziennego, a różnie być mogło gdyż za życia ani sama poetka ani jej siostra Magdalena Samozwaniec nie wyraziły zgody na publikację. Przepiękna książka, polecam każdemu.

 

niedziela, 28 kwietnia 2013

           Japonia to dla ludzi zachodu nie tylko inny kraj to w zasadzie inna planeta, wydaje nam się tak różna, że nierzadko kiczowata czy wręcz śmieszna, jest to jednak bezsprzecznie piękny kraj - kraj, w którym tradycja miesza się z nowoczesnością, a przeszłość z teraźniejszością. W swej pięknej różnorodności i wyjątkowości, Japonia jest niezwykle tajemnicza, dziwna, a przede wszystkim... szalenie fascynująca. Jednak mimo fascynacji jest to też kraj niezrozumiały dla innych państw, często Japonia uważana jest za uosobienie wszelkich dziwactw. A gdyby tak postarać się zrozumieć mentalność Japończyków? Tym trudnym zadaniem postanowił zająć się pan Rafał Tomański.

            „Tatami kontra krzesła” to książka wydana w naukowej serii Spectrum jednak absolutnie nich to nikogo nie zniechęca bo jest bardzo ciekawie, i przystępnie napisana. Nie jest to jednak przewodnik, a raczej książka obyczajowa czy nawet antropologiczna. Autor jest młodym japonistą, który perfekcyjnie opanował język Kurosawy, i Hondy jest przesiąknięty, i zauroczony Japonią. Jego nieduże objętościowo dzieło jest istną kopalnią wiedzy, encyklopedią utkaną z ciekawostek, z jakich zbudowane jest życie poddanych cesarza. Każda strona roi się od anegdot, i historyjek przybliżających nam duszę zagadkowych Japończyków, którą Tomański poznał do szpiku kości.

"Ich sposób myślenia jest dość skomplikowany, obwarowany wieloma nakazami i ograniczeniami zarówno historycznymi, jak i kulturowymi, ale wszystko u nich ma swój powód, logikę i nie bierze się znikąd. Japończyków można rozgryźć. I wcale nie trzeba sobie łamać przy tym zębów."

            Tym sposobem czytelnik dowie się, iż ideałem kobiecości jest dziewczyna w stylu kawaii, czyli słodka i fajniusia, bo fajniusiość niepokonanie rządzi w Japonii. Dziecięcy wygląd jest tym, co pociąga najbardziej, ponieważ jest słodki. Dowiemy się również dlaczego Japończycy mają skośne oczy, nie lubią facebook’a, poważni urzędnicy kupują dziewczęce znoszone majtki, a 19-latki rzadko dbają o higienę intymną. A także dlaczego tak kochają Chopina (zagrywają się namiętnie w grę RPG gdzie głównym bohaterem jest właśnie nasz rodak), zakrywają usta śmiejąc się (i to wcale nie dlatego, ze nie dbają o żeby, choć nie dbają), czy popadają w skrajną depresję przyjeżdżając do Paryża.

            „Tatami kontra krzesła” nie jest wyłącznie wyliczanką dobrych, i złych omenów, które występują  w kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni. Można się również dowiedzieć, że uchodzący za niskich Japończycy ospale, lecz stale rosną. W górę pnie się także płeć piękna. Jednak powodem „wspinaczki” jest nie tyle zmiana jadłospisu czy lepsza opieka zdrowotna, lecz przemeblowanie w japońskich domach, konkretnie rezygnacja z mat tatami. Dawniej Japończycy spędzali całe godziny na tatami – jedząc, gawędząc, dowcipkując, naradzając się – co utrwalało  nienaturalne pozycje kolan i stawów.

            Jednak najbardziej przemawia do mnie fakt, ze Japonia to kraj gdzie czyta się najwięcej na świecie, wręcz nałogowo, tam powstała pierwsza powieść, jest to w dodatku kraj o najdłuższym współczynniku życia ponad 82 lata, a poza tym można się tam czuć zupełnie bezpiecznie gdyż nie ma tam praktycznie przestępczości Japonia, i w tym względzie jest na absolutnym szczycie. Dla mnie państwo genialne szkoda tylko, ze z Polski trzeba tam lecieć aż dobę. Ale może to i dobrze przez tą odległość Japonia zawsze będzie dla nas pięknym marzeniem, i mimo wszystko choćbyśmy się nie wiem jak starali cudownie niezrozumiałym.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

           Alan Bennett to brytyjski dramaturg, i autor wielu sztuk teatralnych np. „Szaleństwo króla Jerzego”,  która zekranizowana w 1994 r. stała się wybitnym dramatem historycznym. Sztuka jak i później film były kontrowersyjne bo pokazywały króla Jerzego III owładniętego chorobą psychiczną co akurat było prawdę jednak nie wszyscy chcieli sobie o tym przypominać. Teraz autor robi w moim zamyśle coś o wiele bardziej odważnego, jednej z najbardziej rozpoznawalnych  w dodatku żyjących kobiet świata daje drugie życie w dodatku jest to potomkini Jerzego III, która jak widzimy również przejmuje po dawnym przodku pewne szaleństwo na szczęście w dobrym tego słowa znaczeniu.

            Krótko mówiąc chodzi o to, że brytyjska królowa Elżbieta II popada w całkowite zafascynowanie literaturą, jak daleko idące konsekwencje mogą z tego wypłynąć dowiecie się z książki „Czytelniczka znakomita”. Jest to króciutka historyjka opowiadająca o tym jak królowa spotyka wśród swoich służących Normana, który jest absolutnie pochłonięty literaturą, właściwie czyta wszędzie, staje się on jej osobistym doradcą, i tym samym zaczyna podrzucać jej książki warte poznania. Są to jak przystało na odbiorcę nie byle jakie pozycje, królowa zaczytuje się m.in. w książkach Thomas’a Hardy`ego, powieściach Marcel’a Proust’a czy sióstr Bronte, a także dramatach Samuel’a Beckett’a. Kwintesencją tego jest całkowite rozsmakowanie się w nowej pasji, wręcz szaleństwo na punkcie czytelnictwa, od tej pory królowa wszędzie będzie chodzić z książką co tylko teoretycznie jest pożądaną sprawą bo jednocześnie zaczyna zaniedbywać swoje obowiązki, spóźnia się o minutę na przyjęcie, doskonale opanowuje metodę czytania z jednoczesnym machaniem ręką w stronę poddanych, niby niuanse jednak jej doradcy rwą sobie z tych powodów włosy z głowy, i dokładają wszelkich starań by królowa znów stała się dawną monarchinią – marionetką.

            Królowa w książce (jak i w życiu zresztą) jest już staruszką mającą ponad 80 lat jednak bezcenny moment to ten kiedy sama zauważa, ile straciła nigdy nie rozsmakowując się w literaturze tak do końca. Poza tym jest przecież osobą, która ma dostęp do królewskich bibliotek w których są same białe kruki, nie mówiąc już o wielu pisarzach których miała okazję spotkać osobiście, a nie miała z nimi o czym rozmawiać teraz takie spotkania przebiegałyby zupełnie inaczej.

            Poza tym rozczulające są jej małe pragnienia by tylko nie wychodzić z domu na kolejny nudy bankiet, i mieć choćby katar, który pozwoliłby zostać w łóżku, i czytać. Z książki wyziera też obraz królowej sterowanej przez doradców, i ograniczonej protokołem. Arcyciekawe było to uczestniczenie w życiu Elżbiety II i podpatrywanie co tak naprawdę może królowa, i dlaczego może tak mało.

biblioteka zamku Windsor

            Muszę przyznać, ze książka jest naprawdę ciekawa i musiałam sobie czasami przypominać, ze to nie jest prawdziwa historia bo naprawdę można by mieć wrażenie, że to wszystko przytrafiło się naprawdę. Może dlatego, że sama Elżbieta II przedstawiona jest we właściwy sobie sposób, jest elegancką starszą damą, wysławiającą się w bardzo elokwentny sposób, mającą duże poczucie humoru jednak dość wysublimowane. W książce występuje również książę Filip, który też jest jak z życia wyjęty, ma specyficzny humor, luźne podejście i czasami wydaje się zmęczony fanaberią żony. Bardzo to jest wszystko brytyjskie jednak uniwersalna miłość do książek nie zna barier. Dla kochających książki pozycja obowiązkowa, a dla tych niespecjalnie czytających polecam tym bardziej bo jak to mówi królowa „ Każda przeczytana książka wiedzie do następnej książki” może dzięki temu podzielą jej los.

            Ciekawa jestem co na to wszystko Jej Wysokość ;) Sądzę że książka podzieli los „Szaleństwa króla Jerzego” jest naprawdę kapitalnym scenariuszem filmowym. Poza tym ta ksiązka to też balsam dla duszy dla tych którzy coś czasami zawalają bo się zaczytali.

niedziela, 14 kwietnia 2013

          Ostatnio spotkała mnie nie lada gratka pomyszkowania w pewnej starej prywatnej biblioteczce. Tam wśród wielu klasycznych tytułów znalazłam książkę  o intrygującym tytule i bez okładki co uznałam za wystarczający walor by się nią zainteresować .

            Po kilku dniach zabrałam się do czytania z wielkimi nadziejami gdyż w międzyczasie dowiedziałam się, że „Władca much” William’a Gording’a to klasyk literatury światowej, a sam autor w 1983 roku został uhonorowany nagrodą Nobla.

            Ta krótka powieść opowiada o grupce chłopców ocalałych z katastrofy samolotu, który rozbił się na tropikalnej, niezamieszkałej  wyspie podczas nieokreślonego konfliktu nuklearnego. Po pierwszym szoku próbują ustanowić ogólnie panujące prawa, i wybrać przywódcę grupy, który będzie podejmował ważne decyzje z ta najważniejszą, jak sprawić by ich uratowano na czele. Początkowo wszystko wydaje się proste, lider jest jeden, i wydaje się całkiem rzeczowy jednak wśród rozbitków jest jeszcze jeden chłopiec z wielkimi aspiracjami, który po kilku dniach zostanie samozwańczym przywódcą przez co na wyspie zapanują dwie nawzajem zwalczające się frakcje.

            Teoretycznie książką powinna mi się podobać, bardzo lubię takie Robinsonowskie powieści jednak nuda jaka przebija przez kartki tej opowieści była dla mnie przytłaczająca. Zupełnie nie rozumiem zachwytu nad tą książką, owszem przyznam, że temat ciekawy, to co "wyłazi" z człowieka kiedy dostaje nieograniczoną prawem władzę nawet bardzo ciekawe. Poza tym ledwo dostrzegalna wzmianka o konflikcie nuklearnym jest naprawdę przerażająca, poza tym jest lekki dreszcz, trwoga, nawet miejscami spore napięcie. Jednak to nie wystarczyło bo dawno nie czytało mi się książki tak źle, niewiele brakowało a w ogóle bym jej nie skończyła na szczęście była krótka.

            Na podstawie książki Harry Hook w 1990 r. nakręcił film, który polecam obejrzeć bo akurat film jest naprawdę świetny. 

czwartek, 11 kwietnia 2013



            Wojciech Staszewski to dziennikarz piszący reportaże do „Gazety Wyborczej” i zapalony biegacz jest jeszcze autorem bardzo ciekawej, i szeroko komentowanej książki pt. „Ojciec.prl”. Opisuje w niej relacje jakie łącza ojca, i syna od dzieciństwa w którym ojciec jest absolutnym guru aż do starości kiedy to przestaje być ojcem, a staje się synem. Bardzo obrazowo opisuje PRL-owski świat na tle którego przyszło dorastać małemu Stasiowi, a także wzruszające pożegnanie z matką, która w 12 wiośnie jego życia odejdzie na zawsze, i choć nie jest to pożegnanie całkiem świadome to piętnujące całe życie.

            Autor już we wstępie książki uprzedza nas, ze wszelkie historie, i postacie są fikcyjne jednak coś mi każe wątpić w prawdziwość tych słów. Książka napisana jest tak sugestywnie, że z pełnym przekonaniem biorę ją za coś w rodzaju autobiografii.

            To książka o bardzo trudnym temacie bo przecież od starości na co dzień uciekamy, nie chcemy mieć z nią nic wspólnego. Choroby, które ze sobą niesie, niedołęstwo, czasem całkowitą demencję odkładamy na później, wiemy że istnieje pewnie się i nam przytrafi ale najważniejsze, że jeszcze nie teraz. Jednak czasami życie tak się układa, że wcale nie musimy czekać na własną starość by przekonać się czym ona jest.

            Książka Wojciecha Staszewskiego jest właśnie o takiej pokoleniowej zmianie, o tym czy można w dzisiejszych czasach nie rezygnować z własnego życia, mieć rodzinę, pracę, hobby, i korzystać z wszelkich profitów jakie daje nam młodość, a jednocześnie być 100% opiekunem własnego zdziecinniałego rodzica?

 

            To mocna książka, pomijając już nawet fakt, że traktuje o mocnym temacie to jest po prostu mocno napisana, czytając ją wie się po prostu, że tu nie może być uładzonych słów, i kłamstwa, miałam wrażenie, że dotykam twardej przyszłości z jaką będę musiała zmierzyć się za lat kilkanaście. Padają tu ostre słowa, dorosły Stanisław nie ze wszystkim się zgadza, buntuje się, ojciec na przemian to rozczula go to denerwuje, wykańcza go ciągłe zastanawianie się czy zjadł, czy ubrał się kompletnie wychodząc z domu, czy wyłączył gaz, nie oddał wszystkich pieniędzy domokrążcy. Ojciec ciągle z nim jest kiedy śpi, pracuje, kocha się z żoną ciągle jest w jego głowie, czy można prowadzić swoje życie mając ciągle ojca na plecach?

„Przecież nie wezmę ojca do siebie, tak jak Ojciec Święty nie zabierze ze sobą wszystkich Kubańczyków do Watykanu, chociaż też ich kocha i też widzi, że mają przerąbane”. 

             A przecież społeczeństwo wymaga poświęcenia, krytycznie patrzą sąsiedzi na wynajętą opiekunkę, to My jako dzieci powinnyśmy się poświęcić, tak jak w dzieciństwie poświęcano się dla nas. Główny bohater ciągle wspomina, ze przecież jeszcze nie tak dawno ojciec był jego wzorem, idolem, zabierał w góry, i uczył życia, znał języki, był wykształcony, dużo czytał teraz to wszystko zatarł udar mózgu, nie ma już niczego z tamtych intelektualnych doświadczeń. Jednak sam jest ojcem, ma świadomość, że za jakiś bliżej nieokreślony czas jego role z synem również się odwrócą, więc teraz chce dać z siebie jak najwięcej by później łatwiej było jemu samemu przyjąć pomoc.

            Książka stawia przed nami wiele pytań jednak odpowiedzi możemy poszukać tylko w sobie, i podejrzewam tylko wtedy gdy ta konieczność już zajdzie bo przecież życie, i tak wszystko weryfikuje.

środa, 03 kwietnia 2013

 

            W latach 30 ubiegłego wieku mieszkał w Brazylii pewien niezwykle inteligentny 6-letni chłopiec. Mogłoby się tak zaczynać tysiące powieści, i każdy kto przeczytałby to zdanie byłby przekonany, że ta historia nie mogła rozwinąć się źle, a jednak… Przeczytałam dzisiaj najbardziej poruszającą powieść swojego życia, może własne dlatego tak poruszającą, że bohater książki jest 6 letnim chłopcem, i jest niezwykle inteligentny, na imię mu Zeze….

            Tą niezwykłą w dodatku autobiograficzną powieścią opowiedzianą słowami dziecka jest „Moje drzewko pomarańczowe” autorstwa brazylijskiego pisarza José Mauro de Vasconcelos.

            Najprościej mówiąc to historia urodzonego w bardzo biednej rodzinie chłopca, który przeżył ogrom cierpienia, przez swoją ciekawość świata, nieprzeciętną inteligencję, wrażliwość, wielką wyobraźnię oraz marzenia. Nie przystawał do ogółu za co był nieustannie fizycznie, i psychicznie katowany. Los jest dla niego tak okrutny, że w czytelniku z każdą przeczytaną kartką narasta sprzeciw czy wręcz agresja by potrząsnąć tą rodziną, i najzwyczajniej nie pozwolić. Zeze tak bardzo pragnie miłości, że wystarczy kropla ofiarowanej czułości by wszystko odmienić, i sprawić by życie nabrało sensu. Ciągle zadawałam sobie pytanie czy można być dorosłym mając 6 lat? I ciągle odpowiadałam sobie, że przecież nie można, więc jak to możliwe, że zabrania się dziecku bycia dzieckiem.

            Nieprawdopodobna wydała mi się ta ciągła walka w duszy chłopca, który tak bardzo stara się być grzeczny czyli jak mu mówią rodzice dorosły, jak ogromną siłą woli powstrzymuje się przed zrobieniem czegokolwiek z obawy, że zostanie to źle odebrane, i znowu spotka go kara. Książka jest porażająca nie mam słów nawet by ją opisać, jest tak przygniatająco smutna, że łzy lały mi się strumieniami gdy czytałam o tych wszystkich niesprawiedliwościach, które go spotykały.

            Tak sobie myślę, że jeśli człowiek ma przeciwko sobie cały świat, bo przecież nierzadko się tak zdarza, że „za nic” spadają na ludzi najgorsze doznania, i kiedy siłą rzeczy wychodzi się na prostą, ale wtedy znowu spada na człowieka szereg dramatycznych okoliczności to nie ma mocnych, świat go pokona, tak było z Zeze, on wiedział, że najgorszy

„Ból to nie znaczy brać w skórę do nieprzytomności. To nie znaczy skaleczyć się w nogę odłamkiem szkła. Ból to znaczy, że boli calutkie serce. Ból to nie chcieć poruszyć ręką ani nogą, i nawet nie mieć ochoty ruszyć głową na poduszce„.

            Jednak mimo wypływającego zewsząd smutku to też książka o nadziei, kto przeczyta dowie się, że noc zawsze przemija.

            Jeśli ktoś myśli, że „Oscar i Pani Róża” to smutna książka to po przeczytaniu „Mojego drzewka….” diametralnie zmienią mu się priorytety. Książka jest jedyna w swoim rodzaju ale jeśli miałabym ją porównać do jakiejkolwiek innej byłby to „Mały Książe” choć ładunkiem emocjonalnym zdecydowanie go przewyższa. Książkę powinien przeczytać każdy, bez względu na wiek po niej naprawdę widzimy, i słyszymy więcej.

            Losy małego Zeze można śledzić w kolejnych dwóch autobiograficznych powieściach pisarza „Rozpalmy słońce”, i „Na rozstajach”. 

niedziela, 31 marca 2013

             Czasami odzywa się we mnie chęć poobcowania z literaturą piękną. Tak też zdarzyło się w ostatnim czasie. Znudzona nowiuśkimi, a co za tym idzie sztywnymi, i bezzapachowymi nowościami wybrałam się do biblioteki by wypożyczyć wydane jak najdawniej, posiadające na sobie ślady kilkudziesięcioletniego używania książki, opatrzone mianem arcydzieł.

            Nie jestem obiektywna w ocenianiu twórczości Dostojewskiego przeczytawszy prawie wszystkie jego książki każdą uważam za absolutnie genialną więc teraz choćbym znalazła pustą książkę z kropką na końcu postawioną piórem mistrza, uznam ją za arcydzieło. Dlatego również  „Gracza” wypożyczyłam „w ciemno” wiedząc, że się nie zawiodę, co też się stało.

           Książka opowiada o upadku człowieka uzależnionego od hazardu (w tym wypadku ruletki). Rzecz dzieje się w Ruletenburgu fikcyjnym mieście uzdrowiskowym na terenie Prus (znawcy piszą, że było to Wiesbaden lub Baden-Baden). Główną postacią jest Aleksy Iwanowicz, który jako nauczyciel towarzyszy dzieciom zatrudniającego go Generała w wypoczynku. Nikt jednak nie chodzi „do wód” drogi wypoczywających wiodą do Kasyna.

            Ruletka to nie jedyne uzależnienie Aleksego, właściwie analizując jego postać możemy poznać duszę ówczesnych Rosjan na tle występujących w książce Anglików, Niemców czy Francuzów, a także Polaków nazywanych jak zawsze przez Dostojewskiego „Polaczkami”. Jakiż to inny naród świata potrafiłby z miejsca wyciągać broń w chęci natychmiastowego pojedynku, kochać aż do szaleństwa,  pić bez końca, zupełnie zatracić się w kasynie. Taki jest właśnie Aleksy kochający, porywczy, szalony. Jednak moją ulubioną postacią jest szalona babcia, jej niebywała osobowość, charyzma, szybkość myśli, i niebywała wprost energia dodają książce skrzydeł.

            Jeśli ktoś myśli, że w tej krótkiej powieści nie może się zbyt wiele dziać to bardzo się myli. Nie wielu jest czy było pisarzy którzy pisząc świetną 600 stronicową powieść, potrafiliby również z krótkiej formy uczynić arcydzieło literackie. Geniusz Dostojewskiego zawiera się także w tym, że jest mistrzem każdej formy.

            Gracz powstał w niewiarygodnie krótkim czasie bo jednego miesiąca. Dostojewski był bowiem hazardzistą, a powieść miała pomóc mu w spłaceniu długów karcianych w przeciwnym razie utraciłby prawa do całej dotychczasowej twórczości. Jest to powieść w przeważającej części autobiograficzna o czym można się przekonać oglądając genialny film z 1980 roku pt. „26 dni z życia Dostojewskiego” traktujący o tym ważnym dla autora październiku 1866 r. i kulisach pracy nad książką.

środa, 27 marca 2013

            „Ślady na piasku” Ewy Krystyny Hoffman – Jędruch to pięknie napisane wspomnienia o losach własnej rodziny rozproszonej przez koszmar II wojny światowej. Rodzaj swoistej terapii zupełnie niezbędnej, a przy okazji tak bardzo delikatnej, że czasami jako uczestnik czułam się niezręcznie.

            Autorka z perspektywy dziecka opowiada o losach swojej rodziny najpierw w pięknym rodzinnym Lwowie będącym jeszcze pod austriackim zaborem a później już w wojennej pożodze, która rozdziela rodzinę, i by spotkać się ponowie zmusza do przejścia dosłownie całego świata.

            W 1939 roku na samym początku wojny ojciec autorki mecenas Maksymilian Hoffman zostaje aresztowany jaki jeden z wielu mężczyzn inteligenckiej Galicji i stracony w Katyniu. Matka zostaje wywieziona „na roboty” do Kazachstanu skąd ze świeżo formująca się armią polską przemierza Palestynę, Irak, Iran by dotrzeć do Londynu. Zaraz po wojnie sprowadzi swojej jedyne dziecko, brata i bratową jej opiekunów w czasie rozłąki do Anglii. Jednak nie pomieszkają tam długo po demobilizacji polskich żołnierzy Zofia Hoffman już z nowym mężem, i córką przenosi się do Argentyny gdzie ta kończy inżynierię chemiczną, a następnie osiedla się w USA gdzie zostaje doktorem historii średniowiecza.

            Można powiedzieć, że ta książka to symbol wielu rodzin z tamtych dramatycznych czasów, którzy rozdzieleni szukali się całe lata a czasem przecież nie odnajdywali się w ogóle. Już sam tytuł jest wymowny przecież ślad na piasku to ulotna chwila, która choć piękna to jakże nietrwała. Książkę czyta się fantastycznie, kiedy autorka opisuje przedwojenny Lwów można naprawdę wczuć się idealnie w klimat, i po raz tysięczny przy okazji opisów ówczesnego życia westchnąć z żalu nad bezsensem wojny, i tego co ze sobą zabrała.

            Książka okraszona jest pięknymi zdjęciami, listami matki, wuja, babki to pamiętnik całej rodziny, i muszę przyznać, że podziwiam autorkę za wydanie tak osobistej książki nie wiem czy gdybym nawet miała tak wybitną rodzinę zdobyłabym się na to. Jedynym niedosytem książki jest zakończenie, chciałam dowiedzieć się jak dalej po wojnie potoczyły się losy osób które poznałam jednak autorka kończy książkę zupełnie niespodziewanie opisując tylko co nieco w króciutkim epilogu. Jednak nie zepsuło to wrażenia z przeczytanej historii, przeciwnie na pewno zapamiętam ją na długo.

18:40, sylviaa777 , Książki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 marca 2013

            Zawsze kiedy czytam o Polakach, którzy osiągnęli oszałamiający sukces za granicą, pusze się jak paw. Cieszy mnie to pewnie dlatego, że tych sukcesów jest niewiele, a My jako naród tak przecież pragniemy udowodnić sobie, że też potrafimy być ”zachodni”. Losy historyczne sprawiły, że większość ludzi światłych chcąc cokolwiek stworzyć, zrealizować się, a przede wszystkim nie tkwić w beznadziei musiała po prostu rozjechać się po świecie.

            Ta beznadzieja właśnie, a tym samym chęć doświadczenia lepszego życia, i wielka ambicja pchnęła Chaję (Helenę) Rubinstein Polkę żydowskiego pochodzenia bohaterkę biografii francuskiej dziennikarki, i pisarki Michele Fitoussi  do opuszczenia biednego Krakowskiego Kazimierza. Była najstarszą z siedmiu sióstr, i jak się okazało najbardziej ambitną. Z kilkoma słoiczkami kremu nawilżającego, którym matka codziennie smarowała twarze swoim córkom, i który upchnęła w jej bagażu gdy ta wyjeżdżała szukać lepszego życia do Australii. Ten słoneczny, gorący kraj staje się sprawcą pierwszego wielkiego sukcesu Heleny gdzie w 1903 r. otwiera swój pierwszy salon, po nim filie jej sklepów opanują cały świat od Nowego Jorku po Paryż czy Tokio. Tak to już jest, że czasami przez czysty przypadek ktoś naprzeciw całemu światu zostaje geniuszem.

            Była niska, korpulentna, despotyczna, piekielnie ambitna, i pracowita, budziła lek wśród pracowników, i mimo miana najbogatszej kobiety świata była skąpa, jej świdrujące spojrzenie budziło strach ale i poważanie, jedynym sensem jej życia była praca dla której poświeciła nawet rodzinę. Jednak imperium jakie stworzyła stawia ja w gronie geniuszy ekonomicznych. To ona jako jedna z pierwszych zaczęła reklamować swoje produkty w gazetach, ona przeniosła maskarę do rzęs ze słoiczka do zamkniętej tubki jak wielki był to krok milowy wie dzisiaj każda kobieta, była niekwestionowanym prekursorem w pielęgnacji kobiecej urody, wiedziała, że uroda to potężny afrodyzjak. Przez 93 lata swojego życia tworzyła najlepszą, i przynosząca największe dochody firmę kosmetyczną świata. A wszystko przez zwykły przypadek, i ogromną determinację.

            Ta książka to również encyklopedia wiedzy nie tylko na temat kosmetologii czy urody ale ogólnie pojętej sztuki. Dowiemy się jak ewoluowało piękno na przestrzeni minionego stulecia. W książce przewijają się nazwiska przyjaciół Heleny wielkich malarzy (Picasso, Dali, Modigliani), wybitnych pisarzy (Hemingway), kreatorów mody (Poiret, Chanel, Schiaparelli, Balenciaga), rzeźbiarzy, aktorów filmowych i teatralnych po arystokrację czy elitę życia towarzyskiego.

            Trzy lata po śmierci Heleny Rubinstein jej rodzina nie poradziła sobie z ogromem odpowiedzialności, i sprzedała firmę. Obecnie od 1988 roku marka HR należy do francuskiej firmy L'Oréal, i nadal sprzedaje się świetnie.

https://www.youtube.com/watch?v=DtW_cNU1Ul4

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
PRZECZYTANE W 2014
PRZECZYTANE w 2013
PRZECZYTANE W 2012
FILMY
BLOGI KSIĄŻKOWE DO KTÓRYCH ZAGLĄDAM
Tagi