Kategorie: Wszystkie | Książki | Przemyślenia, wkurzenia, rozanielenia | filmy
RSS

Przemyślenia, wkurzenia, rozanielenia

sobota, 22 września 2012

             Kilka dni temu znalazłam się w przypadkowym miejscu z przypadkowymi osobami. Podczas krótkiej rozmowy usłyszałam coś co sprawiło, że muszę napisać tu parę zdań by ustrzec Was przed durną opinią, która pokutuje w świecie ludzi nazywających siebie „inteligentnymi”.

            Chodzi mianowicie o rodzaj czytanych książek. Niech wam nikt nie wmówi, że to co czytacie jest mało ambitne. Nie ważne co czytacie każdy ma prawo  wyboru, gust czy choćby potrzebę chwili by sięgnąć po daną pozycję. To, że akurat macie chęć na dramat zamiast modnego ostatnio kryminału skandynawskiego czy „Tytusa, Romka, i A’Tomka” zamiast Proust'a nie powinno nikogo interesować, nikt nie może nikogo krytykować za to co czyta. Dla większości zdania Proust'a będą kompletnie niezrozumiałe bo ten czasami pisał chyba na złość wszystkim, i jedno zdanie potrafi ciągnąć się przez półtorej strony. Większość osób  które chcą się odprężyć na pewno nie sięgnie po tą uznaną za Wielką literaturę.

            Każdy kto czyta książki z tzw. „wyższej półki” bo tylko takie go interesują lub zaspokajają jego próżność lub naprawdę tylko przy takich pozycjach czuje, że czytanie jest piękne bo zaspokaja wciąż głodne szare komórki SUPER  niech czytają na zdrowie, ale jeśli zaczyna krytykować innych bo ktoś trzeci raz w roku sięgnął po Daniel Steel to coś jest nie tak, i to już budzi mój sprzeciw.

            Nie klasyfikujcie książek, nie wierzcie, że jeśli nie przeczytacie Joyce’a przed śmiercią to nie jesteście w pełni czytelnikami. Czytajcie to na co macie ochotę, książek starczy dla wszystkich…ale czytajcie bo to dobro największe.

środa, 01 sierpnia 2012

            Dzisiaj przypada kolejna rocznica Powstania Warszawskiego. I choć nie mam z Warszawa już zbyt wiele do czynienia to spędziłam w niej pięć lat najwspanialszego okresu swojego życia – studiów. Pamiętam jak pierwszy raz wysiadłam na dworcu centralnym jak poraził mnie Pałac Kultury i Nauki, jak idąc w stronę Uniwersytetu chłonęłam wszystkie kamienice jak połykałam łzy widząc po raz pierwszy pomnik Chopina w Łazienkach czy Zamek Królewski.

           Zastanawiałam się wtedy jak to możliwe, że to wszystko znowu stoi, że zostało odbudowane tak jak nigdzie na świecie, i zachwyca przenosząc w dawne czasy choć przecież nic z dawnych czasów nie pozostało. Warszawa jest dla mnie miastem szczególnym, kiedy o niej myślę widzę oczami wyobraźni kwintesencję polskości, i wielką wolę wali.

„There is a cityopowiada o corocznym uczczeniu godziny „W”, czyli rozpoczęcia Powstania Warszawskiego w 1944 roku. Niesamowicie piękny, i wzruszający obraz który nie pozwala pozostać obojętnym na to co działo się przed 68 laty. Niby nie tak dawno ale w jakże innym już świecie.

„Miasto ruin” to z kolei krótki cyfrowy obraz przedstawiający wygląd Warszawy zaraz po stłumieniu powstania przez nazistów.

            Warto obejrzeć i pozwolić sobie na patriotyczne łzy. Pamiętajmy, że Warszawy po prostu nie było, tam gdzie kiedyś stały piękne kamienice, zabytki, pomniki, gdzie rosły drzewa, i rozciągały się place, nie było nic tylko przeraźliwy szary gruz, pył, i dym po bombardowaniach. Warto o tym pamiętać narzekając na to, jak wygląda dzisiaj.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

            Już wczoraj ułożyłam plan na dzisiaj, że przed południem wybiorę się do miasta, a w zasadzie do biblioteki oddać książki. I choć wszystko poszło po mojej myśli to nie obyło się bez potknięć, i to zupełnie nie z mojej winy. Posłuchajcie.

            Wstałam rano z nadzieją, że nie będzie świeciło słońce bo dość już mam tej tropikalnej pogody. Jednak Opole bez 30 st. latem, i błękitnego nieba to nie Opole więc pomyślałam sobie ”trudno”, i wyjęłam z szafy spodenki. Około godz 11 byłam gotowa, zapakowałam książki, wodę, i weszłam w przyjemny chłód klatki schodowej który niestety po kilku piętrach musiałam opuścić, by roztapiać się w żarze lejącym się z nieba. Przeszłam kilka kroków, i pomyślałam sobie, że chyba podjadę te 3 przystanki bo wolę przecierpieć w autobusie przez kilka minut niż iść w tym ukropie 40. Wtedy jeszcze byłam przekonana o fantastyczności mojego umysłu, że podsuwa mi takie rozwiązania. Wiec co za Tym idzie poszłam na przystanek, z marszu wsiadłam do autobusu, i…. dostałam w nos. Uderzył mnie zapach.

            Jak ja szybko chciałam wysiąść, ale skasowałam już bilet więc musiałam się mordować. W autobusie ścisk, więc i ja stoję, po chwili uderzyło mnie coś jeszcze. Ci wszyscy ludzie to byli staruszkowie ze średnią wieku około 70 lat, w całym autobusie było może z troje młodych ludzi podobnie jak ja podduszonych, i marzących o wyjściu. Zastanawiałam się przez te kilka minut dlaczego starzy ludzie tak nieziemsko śmierdzą (bo to, że akurat o tej godzinie okupują autobusy mnie nie dziwi, w końcu Polak na emeryturze jeśli nie ma działki to nudzi się okropnie, i chodzi po sklepach polując na okazję). Rozejrzałam się i zobaczyłam, że te wszystkie panie mają stylonowe rajstopy, garsonki z jakiś sztucznych materiałów, czy bluzki niby na krótki rękaw a w zasadzie tak sztuczne, że prawie plastikowe. Nie mam pojęcia co kieruje ich umysłami, żeby w taki skwar tak się opatulać. Poza tym na każdym przystanku jeszcze dosiadają, pchają się żeby usiąść, a jadą jeden czy dwa przystanki, jeden ustępuje drugiemu bo tam też panuje hierarchia wieku, a nie daj boże młody człowieku źle się czuj, i sobie w najlepsze siedź to Cię zamęczą spojrzeniami, a nieraz i wcale nie wyszukanymi epitetami. To istna plaga. Mam nadzieję, że za 20-30 lat to wszystko minie, i przebywanie ze staruszkami nawet w tak ścisłym kontakcie, i w tak gorący dzień,  nie będzie takim traumatycznym przeżyciem.

            Lekiem na to wszystko jest rezygnacja z komunikacji miejskiej na rzecz roweru lub własnych nóg, ale to się udać może tyko w niewielkich miastach w tych większych niestety trzeba się męczyć.

poniedziałek, 28 maja 2012

             W ten weekend miałam wątpliwą przyjemność jazdy pociągiem. Jeśli myślicie, że nie opróżniane kosze czy toalety które latem „pachną” szczególnie, zaduszone przedziały czy strach przed dotknięciem całą dłonią czegokolwiek, to jedyne niemiłe rzeczy jakie mogą się Wam przydarzyć podczas podróży pociągiem, to się mylicie. Najbardziej wkurzającą sprawą której nie da się uniknąć, co więcej która przydarzy się wam na pełnie 100% jest kolizja z wszechobecnymi walizkami na kółkach.

            Nie mam pojęcia skąd pomysł, że te torby są stworzone do dworców PKP. Rozumiem, że moda idzie z zachodu ale nie kopiujmy niektórych rzeczy ślepo  na nasze rodzime podwórko. Wiedzieć trzeba, że torby te stworzone są do podróży samolotem, gdzie chcąc mieć bagaż podręczny musi on mieć określone gabaryty, i te torby takowe posiadają. Pamiętajmy, że lotniska to molochy o równych chodnikach po których ciągnięcie takiej torby nie jest żadnym dyskomfortem, co nijak się ma do dworców PKP.

            Nie ma nic bardziej denerwującego kiedy widzę, że już przy wyjściu z pociągu ktoś przede mną ciągnie to ustrojstwo, gdyż najpierw delikwentka (najczęściej młoda dziewczyna) musi wysiąść sama po czym trzeba jej pomóc tą torbę znieść na peron, a najczęściej jest tak ciężka, że waży więcej od właścicielki. Po udzieleniu pomocy myślisz sobie podróżniku „ehhh to pędzę” bo masz przesiadkę tudzież dość, i pędzisz do domu, ruszasz z kopyta zręcznie wymijając kilka osób, i nagle tuż przy schodach traaach! wpadasz na walizy, i ich właścicieli którzy szli przed Tobą, myślisz sobie WTF? A tu okazuje się, że schody dla walizek to wyzwanie, i trzeba je jakoś teraz z nich znieść. O ile Ty przyjacielu, z jakimkolwiek plecakiem na plechach zręcznie byś sobie poradził, to właściciel torby już absolutnie. Więc wszyscy na hurrra zatrzymują się, i chowają rączki za które walizki są ciągnięte, i taszczą je na dół, jeśli pomyślisz sobie wtedy, że wystarczy przyspieszyć, i miniesz wszystkich na schodach to znowu się pomyliłeś bo nie da się tak łatwo wszystkich wyminąć, a Twój rozpęd może ci jeszcze zaszkodzić na dole kiedy to znowu jest ogólny STOP bo teraz trzeba przecież rączki wyjąć, i mieć za co walizę pociągnąć do następnej jakiejś najmniejszej nierówności kiedy to trzeba będzie znów je złożyć, a tym samym zatrzymać.

            Może to wydawać się śmieszne ale wierzcie mi, że jeśli ktoś często podróżuje pociągami to dla niego będzie to śmiech przez łzy. Zaczęłam zastanawiać się nad tym fenomenem który wyparł stary dobry plecak. Przyszło mi na myśl ułożenie rzeczy ale guzik prawda, przecież plecak też da się spakować tak by po rozpakowaniu rzeczy były nie pogniecione. Wygoda? a gdzie tam, tyle razy zatrzymywać się, chować rączkę, wyciągać, a i tak na końcu taszczyć po schodach. Jedynym wyjaśnieniem jest po prostu moda.

            Na koniec chciałabym jeszcze zaznaczyć, że nie jestem przeciwniczką walizek na kółkach co więcej… nie wyobrażam sobie czegokolwiek lepszego ale na lotniskach no i oczywiście jeśli jedziemy gdzieś samochodem, i mamy ochotę spakować rzeczy do walizki to nic nikomu do tego. Jednak kiedy widzę cały tan cyrk z walizkami na rodzimych dworcach czy chociażby słyszę przez otwarte okno jak ktoś „walczy” z walizką na nierównym chodniku to choćby była ona wykonana z najszlachetniejszej skóry, fenomenalnej jakości plastiku czy jakiegokolwiek innego cudownego materiału, dla mnie będzie passe.

            Przecież w podróży chodzi o to by być jak najbardziej mobilnym, a tylko z plecakiem jest to możliwe gdyż pakujemy do niego tyle ile jesteśmy w stanie unieść co nie zawsze wiedzą pakujący walizki :)  

sobota, 19 maja 2012

            Jeśli macie w swoim otoczeniu kogoś kto ciągle jęczy, narzeka, zrzędzi, usilnie stara się opowieściami o swoim życiu wymusić politowanie, psuje nastrój wszystkim dookoła, po rozmowie z takim przyjemniaczkiem jesteście zmęczeni czy zniechęceni to uważajcie, bo cytując klasyka „coś się dzieje” macie bowiem do czynienia z wampirem… i to wcale nie łagodniejszym od tego krwiopijcy który mieszka w Rumunii… to WAMPIR ENERGETYCZNY!

            Jeśli zatem ktoś taki znajduje się  w kręgu waszych znajomych bądź przyjaciół, rodziny bądź ludzi z którymi spotykacie się tylko chwilowo typu podróż pociągiem, czy kolejka u lekarza, uciekajcie jak najszybciej, i jak najdalej się da. Nie patrzcie, że znacie się lata czy, że taka ucieczka będzie źle odebrana przez wampira, on nic nie może wam dać, a zabierze spokój, miły nastój, jednym słowem zostaniecie wyprani z wszelkiego dobra jakie sobie przez dzień zdołaliście zbudować.

            Piszę dzisiaj o tym nie bez powodu, okazuje się, że z takim to właśnie przedstawicielem wampiryzmu o płci żeńskiej (taka zdecydowanie dominuje w rasie) miałam do czynienia przez ostatnie ponad 5 lat mojej pracy zawodowej. W zasadzie na początku niczego nie podejrzewałam, jednak z biegiem czasu zaczynało dawać się wyczuć, że jest to osobnik upierdliwy jak jasna cholera, narzekający, zrzędzący, wysysający cały optymizm dnia, czyli spełniający całą charakterystykę gatunku którą opisałam na początku.

            Ostatnio Pani Wampirzyca wyciągnęła cięższą artylerię bo okazało się, że lżejsza w postaci opowiadania jaką ciężką może być praca kiedy trzeba Pracodawcy zrobić kawę, już na mnie ani na nikogo innego w kim starała się wzbudzić tym litość, nie działa. Tym działem pierwszej wielkości mieli stać się rodzice. Pech chciał, że rodzice wampirzycy od 30 lat nie żyją, jest to jak najbardziej sprawa godna pożałowania, i współczucia. Moi rodzice na szczęście żyją, i mają się wyśmienicie.  To jak mniemam, zaczęło wzbudzać w osobnicze zazdrość czy zawiść czy może to i to, i zaczęłam słyszeć, że wszystko co mam w życiu zawdzięczam rodzicom, i gdyby tak się stało, że nie będę miała co jeść (rozumiem, że pić także) zawali mi się dom czy zaleje go następna Opolska powódź 1000-lecia,  to mam gdzie się podziać. Teoretycznie prawda, jednak osobniczka również nie jest sama na świecie bo ma brata, siostrę i wszelkie ciocie, wujków czy kuzynostwo jak człowiek „normalny” jednakże upiera się, że to jest nic bo nie ma rodziców, i to jest fakt który zaważył na tym, że nie ma pieniędzy tylko ciągłe kredyty, i pożyczki, nie ma poukładanego życia osobistego, i co mnie zdenerwowało najbardziej nie zdobyła wykształcenia.

               No kochani…. Tu się zjeżyłam nie na żarty bo mi osobniczka zaczęła wpierać, że z tym wykształceniem to też wina braku rodziców, i że ja nie wiem co ja mówię bo nie jestem w takiej sytuacji. Siedziałam względnie cicho, i słuchałam co ona pieprzy gdy w końcu nie wytrzymałam uznawszy, ze jeśli nie zacznę się broić wampir mnie wyssie z dumy do cna, że mnie zaczyna obrażać tym, że myśli, że mając 35 lat normalnym jest siedzieć na garnuszku rodziców lub oczekiwać wszelakiej od nich pomocy. Więc gdy powiedziałam, że wykształcenie chociażby nie jest zależne od czynników które przedstawia tylko jest to ewentualna wina jej charakteru lub lenistwa to myślałam, że mnie pożre na 2 śniadanie (bo to się w tych godzinach rozgrywało). Potem pomyślałam, że to zazdrość przemawia, a panienka całe życie bardzo chciała tylko zasoby umysłu widocznie na to nie pozwalały. Powiedziałam jeszcze jedno, że ja rozumiem, że nie każdy musi być wykształcony, i tak już filii, oddziałów, studentów i magistrów jest pod dostatkiem, że w 90% uczelnie kształcą bezrobotnych, i głupotą jest myśleć, ze jeśli się nie ma studiów jest się pseudointeligentem, a biorąc pod uwagę, że czas młodości wampirki minął już jakiś czas temu, i lata studenckie przypadałyby gdzieś na połowę 80-tych XX wieku nie ma co się podniecać, wtedy świat był troszkę mądrzejszy, i nie produkował masowo studentów, żyło się w innej rzeczywistości, i można było studiować ale popłatniej było nie.

            Chciałam jeszcze napisać słów kilka do samej wampirzycy:  Nie idź tą drogą bo to zła droga jest. Przestań marudzić, i psuć nastrój sobie, i wszystkim dookoła, jeśli uważasz (a wiem, że uważasz), że twoje życie jest nie fajne to zrób coś żeby było fajne, żyjesz w ciągłym zahukaniu, otwórz się na świat, a będzie pięknie. Jeśli chodzi o rodziców to teraz mieliby pewnie po 70 lat, i oczekiwali twojej pomocy, a nie odwrotnie jak ciągle myślisz.

            Dlatego kochani nie pozwólcie żeby wam ktoś mózg prał codzienną paplaniną nic nie wnoszącą, bo na początku nie odczujecie nic ale z biegiem czasu zrobicie dokładnie to co ja… WYBUCHNIECIE!!

poniedziałek, 27 lutego 2012

       Od kilku miesięcy drzwi wejściowe w moim bloku ciągle się zacinają. Najpierw myślałam, ze to może chwilowe, ale okazało się że nie i choć blok ma dopiero dwa lata z dnia na dzień okazywało się, że drzwi są w coraz gorszym stanie. Zastanowiłam się dlaczego, i postanowiłam zwrócić uwagę co się takiego dzieje na tej mojej klatce co doprowadza drzwi do ruiny, w końcu coś musiało.

       Mijały dni i miesiące a ja z racji tego że  nie ma mnie w domu przez większość dnia, a w weekendy najczęściej wyjeżdżam, nie mogłam zlokalizować przyczyny. Poza tym  doszły do tego zabrudzenia na ścianach na wysokości parteru i pierwszego piętra. Były to ślady po oponach, po jakiś plamach, oraz gdzie niegdzie obtłuczenia do gołego tynku. Wiedziałam już że to działalność mieszkańców. Rozumiałam, że ludzie kupują meble, coś przenoszą w końcu to nowy blok, ale takie cuda były niemożliwością.

       Aż pewnego pięknego letniego dnia, w pierwszy dzień mojego urlopu, wychodzę z mieszkania, schodzę na półpiętro i słyszę na dole trzaski drzwi, krzyki, bieganinę. Chryste myślę sobie coś się stało chyba. Na całej połaci parteru, wyściełane były koce, porozrzucane poduszki, misie, zabawki, soczki i rowery. Tak moi drodzy ROWERY. Okazało się ,że na mojej nietypowej klatce, gdzie na parterze jest dużo miejsca, i trzyma się rowery bo jest na to specjalne miejsce, dzieciaki zrobiły sobie wyścigi, stąd ten krzyk i rumor, stad poobijane i poznaczone gumą od opon ściany. Byłam w szoku… Zastanowiłam się gdzie są rodzice, no ale niestety byli w mieszkaniach, a przecież co poza mieszkaniem to nie moje, więc pewnie mieli to gdzieś. Maluchy mnie zobaczyły i trochę przystopowały.

- Nie wolicie bawić się na dworze? Wyjdźcie na słoneczko jest piękna pogoda. Poza tym po klatce nie da się długo jeździć rowerem. – Oczywiście miałam na myśli bardziej dobitne słowa, jednakże przecież do dzieci nie mogłam mieć pretensji

-Wolimy tu – usłyszałam. Byłam bez szans.

       Tak mijały dni letnie. Piękna jasnobłękitna klatka najwidoczniej cierpiała, poraniona codziennym masakrowaniem. Nadeszła jesień, i było jeszcze gorzej bo na dworze stawało się coraz zimniej, a dzieciaki uznały, że można trochę pojeździć i na 10 min wracać do domu więc, po kilkanaście razy dziennie gramoliły się z rowerami na swoje piętra by potem znów sprowadzając rowerki na dwór, uszkadzać co się da po drodze. Nigdy nie pomyślałam, ze  z solidnych metalowych drzwi wejściowych można zdrapać farbę do metalu. Można!

        Ale nic to… przyszła zima, a drzwi jak były wiecznie zepsute i otwarte tak pozostawały nadal. Pomyślałam sobie, ze przecież czego bym w domu nie miała to jest to mój majątek. Często mnie nie ma, i nie mam ochoty, żeby ktoś obcy chodził po klatce, zaglądał nie daj boże do piwnicy, a już na pewno nie wrzucał mi ton makulatury do skrzynki na listy. Potem i tak musze je przejrzeć bo nie wiem czy nie wyrzucę z papierami jakiś ważnych listów.

        Miarka przebrała się w ostatnie dni okropnych tegorocznych mrozów. Przez kilka dni kiedy wychodziłam do pracy, czułam, że drzwi lekko się zacinają, pewnie coś tam przymarzało bałam się tylko żeby mi kiedyś nie wycięły numeru, i nie miały ochoty zatrzymać  w domu. No i chyba jak to się mówi wykrakałam… Schodzę w ciemny wtorkowy ranek na dół, i widzę że z 5 osób coś tam majstruje okazało się, że zacięły się na dobre. Jakoś sobie poradziłam bo razem z sąsiadem wyszłam oknem, jednak sąsiadki uznały chyba, ze to nie dla nich, i nie kwapiły się pójść moją drogą. Nie wiem ile to trwało bo pomknęłam przed siebie.  Ciekawa byłam czy wszystkie drzwi, i klatki są w takim stanie więc zrobiłam sobie w sobotę rekonesansik. Oczywiście, że nie. To w mojej klatce mieszkają ludzie którzy maja po 3 dzieci w domu i którzy jak widać nie panują nad nimi. Dla mnie sprawa jest prosta. Gdyby maluchy przez rok nie dewastowały skutecznie klatki to drzwi działałyby bez zarzutu jak w innych klatkach. Nie mam nic do dzieci bo wiadomo człowiek mały nie wie co jest dobre, a co złe ale gdzie u diabła są rodzice??!! Zawsze sadziłam, że dziecko to rodzic, on za nie odpowiada, i przede wszystkim uczy je życia. Ale jeśli rodzic ma je gdzieś to ja się nie będę patyczkować i też nie będę przesadnie taktowna. Doszłam do wniosku że powinien obowiązywać ustawowy zakaz posiadania dzieci w bloku. Tak byłoby chyba z korzyścią dla wszystkich, dla lokatorów, dla administracji i dla samych dzieci.

niedziela, 26 lutego 2012

       Przyszło mi do głowy, że przecież nie tylko mogłabym pisać co sądzę o książkach czy filmach ale też co mnie wkurza, śmieszy, satysfakcjonuje, czy wzbudza politowanie. Nie wiem czy dobrym pomysłem jest aż tak się otwierać przed Wami, bo moje przemyślenia często nie idą w zgodzie z „tłumem” mogę się tu narażać, i nie wiem jak sama to odbiorę. Ale nie dowiem się tego póki nie spróbuję. Zobaczymy :)

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
PRZECZYTANE W 2014
PRZECZYTANE w 2013
PRZECZYTANE W 2012
FILMY
BLOGI KSIĄŻKOWE DO KTÓRYCH ZAGLĄDAM
Tagi